25 września
2007 Grzesiu wierszokleta :)
Dzisiaj
notka banalna.
Prosta i
zrozumiała.
Biało na
czarnym.
Oto jak
postrzegają mnie w klasie
(a
przynajmniej jak postrzega mnie Grzesiu, który ten wierszyk układał ) :
„Magda to…
Dziewczyna
jakich mało – z chłopakami w piłkę gra
i radzi sobie śmiało.
Lubi też
czasem w siatkę popykać
- przed jej
ścinami trzeba prędko zmykać.
W nas
gieksiarzach się już krew gotuje,
bo przecież Ona
Ruchowi kibicuje!
Lecz, mimo
tego że jest Niebieska,
nie dzieli
Jej od nas żadna gruba kreska.
Pomiędzy
nami panuje zgoda…
I w ogóle nam się wszystko w Magdzie podoba!”
22 września
2007 Za szmaty ciągnąc…
Aura niezidentyfikowanego uczucia o ładunku
ujemnym krążyła wokół mnie. Już od samego rana nie dawała mi spokoju. Na
początku warczałam, więc nawet Justyn odsunął się i mi nie dokuczał. Tata
wcześniej wyszedł do pracy.
Potem, gdy
byłam sama w domu, zaczęła atakować.
Podczas
przeglądania zdjęć z obozu – drżały mi ręce. Doszłam do zdjęcia w Gniewnie.
Miałam ochotę wziąć cyrkiel i wbić prosto głowę. Mściwie myśli chciały
zrobić tarczę i rzucać rzutkami w Jego
twarz.
Ze złością
odrzuciłam zdjęcia.
Przeszłam do
pokoju i włączyłam telewizor.
Leciała ‘ta’
piosenka. Złapałam najbliższą poduszkę i schowałam się pod nią niczym struś pod
piaskiem. ‘To przypadek’ powtarzałam sobie. Tylko przypadek. Z ulgą usłyszałam
końcówkę piosenki, aż tu nagle leci druga! Z przekleństwem na ustach wyłączyłam
telewizor, rzuciłam pilot na stolik i poduszką o ścianę. Witraż w drzwiach
ledwo się utrzymał, gdy zamykałam drzwi.
Przeszłam do
kuchni, nalałam sobie herbaty.
Słyszałam
je, już wtedy, gdy wchodziły do klatki.
Powitały mnie wybuchem śmiechu. Wpuściłam je do środka. Szybko się zadomowiły.
Ładunek
powoli się zmieniał.
Dojechała
Gabi. Było inaczej.
Zdjęcia
oglądałam ze śmiechem. Dochodząc do Gniewa, zaśmiewałyśmy się z miny jaką On
zrobił. Piosenka inaczej brzmiała, zaczęłyśmy tańczyć.
Poszły.
Pojechała.
Jestem sama.
Siadam przed komputerem. Chociaż sobie obiecałam, że nie będę tego robić, łamię
dane słowo i cofam się wstecz.
Oglądam
archiwum. Jakże to odległe jest, a jakże bliskie.
Mam wrażenie, że wczoraj siedziałam skulona
przed komputerem i z łzami w oczach pisałam o zawodzącym tytule czy baloniku.
Jakby przed chwilą kliknęłam na „Publikuj”
przy notce o Panu numer dwa czy o problemach z Panem numer jeden.
Trzymaliście
za mnie kciuki. Wierzyliście we mnie. Mija czas, a ja nie widzę poprawy.
Spycham to
na najdalszą część umysłu, chociaż przekonałam się, że i uczucia zataczają
koła… Nie chcę się uczyć na własnych błędach.
Czas mi nie
pomaga. Wewnętrznie czuję, że jest moim przeciwnikiem. Im dalej, tym głębsze są
rany, chociaż powinny się goić.
Wmawiam
sobie miłość, a potem – nawet nie wiem kiedy – staje się ono rzeczywiste. Sprawia ból.
Przyrzekłam
sobie, że odstawie je na półkę na miesiąc. Powoli czuję, że moja ręką
nieznacznie po nie sięga, gdy spuszczę wzrok. Rozglądając się wokół, dostrzegam
mnóstwo facetów. Zdziwiona jestem, bo nigdy ich tylu nie zauważałam. Pokusa
jest silna.
Biorę je za
szmaty i wyrzucam do studni. Odcinam sznurek do wiaderka, a samo wiaderko
zabieram i ofiaruję w prezencie.
Dam to
przyjaciółkom. One doradziły. One będą sprawować pieczę. Im zaufam.
Tak jak
dziś.
19 września
2007
No, bo żalić
się będę.
Uwaga będę
się wyżalać, proszę więc przygotować tonę chusteczek i maść od bólu od ciągłego
poklepywania mnie po plecach, bo tego dość dużo jest.
No, bo
zaczęło się od szkoły i na szkole się nie skończy ( chociaż się z nią wiąże).
No, bo ja
tylko tak latam i latam ( a trzeba wziać pod uwagę, że autobusy mam idealnie
‚za pięć’ więc jest so good jak powiemy po angielsku).
A o
angielskim nawet nie wspominam, no bo nasza pani profesor jest bardzo ambitna
(zostało jej chyba ze studiów, chociaż ja myślałam, że po paru latach to mija –
jej widocznie nie.) i dostajemy na każdej lekcji drukowaną stronę A4 z słówkami
zapisanymi Arialem 10. I w dodatku musimy to umieć na następną lekcję + zadania
domowe, które można porównać do pergaminów egipskich.
No, bo pani
profesor z matematyki, chociaż jest fajny i wytłumaczy, to pracy domowej zadaje
porównalnie tyle samo, co pani profesor z angielskiego. Chociaż, nie – zadaje
więcej. Marna pociecha.
No, bo
pisałam testy kompetencji z a) angielskiego; b) fizyki; c)matematyki; d)
historii; e) biologii; f)geografii; g) niemieckiego; h) chemii i poszło mi a)
nie widać efektów sześciu lat nauki języka; b) wystarczy, że powiem, że nie
sądziłam, że mogę bardziej znienawidzić fizykę; c) ha ha ha od razu widać było,
że miałam piątkę z matematyki (dla niewtajemniczonych to sarkazm był); d) to,
że lubi historię, nie znaczy, że ją potrafię..; e) niezapowiedziany to raz, a
dwa patrz podpunkt b; f) pani profesor podchodzi z uśmiechem na ustach i
pytaniem: „A może ty dziewczynko do tablicy pójdziesz?” o my gad.; g) nie
uczyłam się nigdy niemieckiego, ale co tam, kazali mi pisać; h) pozostawię bez
komentarza ( można przyjąć także podpunkt b).
No, bo po
tych testach doszłam do wniosku, że jestem głupia.
No, bo w
grupie niemieckiej, która jest od podstaw ( podkreślam od podstaw!) jest sześć
osób, które nie miały niemieckiego ( w tym ja) i dziesięć, które miały
minimalnie trzy lata, jednak chcą poprawić sobie podstawy. I lekcja wygląda
tak, że ja i tamte pięcioro mamy oczy jak spodki i gęby na zolu
(czyt.podłodze), a tamte dziesięcioro siedzi i śpi jak bobry w zimie ( o ile
bobry śpią w zimę, nie wiem, słaba z bioli jestem jak dowiódł ten test.) i
nauczycielka nie wie jak to pogodzić.
No, bo w
domu jest taki hałąs i chaos, że nie mam jak się uczyć.
No, bo
wczoraj wracałam się do domu trzy razy (!) a i tak na przystanku mi się
przypomniałom, że nie wzięłam pieniędzy.
No, bo mój
brat ma jutro urodziny, a ja nie wiem, co mu kupić.
No, bo nie mogę
wyjść na dwór, bo się tylko uczę i uczę.
No, bo
wczoraj jak się uczyłam, to leciało Mission Impossible, a ja chciałam na to
patrzeć, co okazało się samo w sobie mission impossible.
No, bo
biegnąc ze schodów, urwałam na gelendrze (czyt. poręczy ze schodów) słuchawki z
mp3.
No, bo chcę
wreszcie wyjsć z domu!
No, bo
dziura ozonowa się powiększa.
No, bo mam w
klasie taką osobę, która mówi do każdego : „Przepraszam, jednakże jeżeli
pozwolisz to ośmielę się nie zgodzić z twoją opinią, aczkolwiek jest ona z
reguły słuszna, albowiem każdy czasem ma trochę racji, wszak pozwalam sobie
przytoczyć fakt iż mi często jednak to się zdarza.” O.O
No, bo w
klasie jest też jej męzki odpowiednik: „Jeśeli spotkasz takiego
INteligentnego….” (akcent na pierwsza sylabę!..), który kończy każdą swoją
wypowiedz ( a nie tylko, czasem i zaczyna i ma w środku) słowem: DEFACTO.
No, bo
jestem niewyżyta.
No, bo
patrzę na komputer z daleka.
No, bo nie
mam czasu na bloga.
No, bo nie
widziałam przyjaciółek od początku roku szkolnego.
No, bo nie
gramy w siatkówkę na w-f-ie.
No, bo
wszystko opornie mi idzie.
No, bo serce
mnie dalej nie chce słuchać.
Chlip chlip
chlip
Buuuuu….
_________________________________________________________________________
dopisek 20
września
HAHAHAHA
JESTEM CIOCIĄ!!! MOJ BRAT CIOTECZNY URODZIŁ (ZNACZY SIĘ JEGO ŻONA :P ). I MAM
MAŁEGO CIOTECZNEGO BRATANKA O IMIENIU DAWID! :)
CIOCIA
MAGDA. (jak to brzmi xD)
16 września
2007 ” W taką ciszę wszystkie gwiazdy na niebie wyliczę , Ciebie wołam , ale
cisza i pustka dookoła. „*
Cisza. Jest
3.
Delikatnie
zsuwam kołdrę i wstaję. Przemykam niczym kot do kuchni.
Oczy
przyzwyczajone są do mroku. Widzę zarysy rzeczy. Kształty o tej porze są
całkiem inne. Wszystko nabiera nowych barw w odcieniach szaro-czarnych.
W tej ciszy
słychać każdy mój krok. Odbijają się one echem po kafelkach.
Jestem przy
oknie. Chętnie bym usiadła z kubkiem herbaty, ale to zbyt ryzykowne. Więc tylko
rękoma podpieram sobie głowę.
Patrzę.
Nagle – jakby
z oddali – słyszę jakiś ruch, który w tej ciszy brzmi niczym hałas.Odwracam
się. Nastawiam uszy. To tylko ktoś się poruszył we śnie. Jednak wolę nie
ryzykować.
Powoli
wracam do łóżka. Mam wrażenie, że moje kroki słyszy każdy w promieniu mili, a
głośne łopotanie serca – dwóch.
Kładę się.
Łóżko zaskrzypiało. Wykrzywiam twarz w grymasie i niespokojnie oglądam się na
rodzeństwo. Oni jednak śpią dalej snem kamiennym.
Leże i gapię
się w biały sufit. Próbuję rozwiązać dylemat czy zamknąc oczy i śnić znowy o
zapomnianym, które w snach odżywa czy przeżyć kolejną bezsenną noc..
„Nie
wybrałeś mnie – żegnaj więc.
Nie, nie…
nie chcę żyć jak cień!
Nie wybrałeś
mnie – żegnaj więc.
Nie, nie…
nie atakuj mnie!.
Chcę
pożegnać się.”
12 września
2007 „I want to talk to you!” *
Widzę
mrugające słoneczko z gadu-gadu. Pan numer jeden jest dostępny. Tylko siłą woli
powstrzymuję się od napisania. Z trudem powracam do poprzedniej czynności.
Nie chce się
odezwać.
Chcę się
odezwać.
Boli to niezdecydowanie.
Wiem, że ta
chwilowa rozmowa zagłuszy złość i cierpienie. Na moment. Potem powróci. Nie
chcę tego. Drżącymi rękoma – sama nie wiem, czy z zimna czy ze strachu –
powtórnie wracam do stron www, byle zając czymś umysł.
„Pan numer
dwa jest dostępny” czytam. Zamykam oczy. Na szczęście czajnik gwiżdże, szybko
przebiegam do kuchni i zalewam herbatę, wracając Pan z numerem drugim jest na
‚zaraz wracam’.
Czytam
wiadomości sportowe. „Podpijamy Finladię!” w nagówku, przechodzę do pierwszego
akapitu. Jednak nic z niego do mnie nie dociera. Czytam jeszcze raz. Pierwszy
wers. Po kolejej próbie poddaję sie.
Obaj są
teraz dostępni.
Nic na to
nie poradzę Chcę z nimi rozmawiać. Tylko z nimi można było się tak dogadać, tak
zabawić. Tak się poczuć. Nie ważne są już dla mnie płynące łzy i zadany ból.
Ja chcę!
Dlatego… wyłączam gadu-gadu.
Przeciwko
sobie stanęłam. Sama siebie niszczę, by wkrótce sama siebie odbudować.
Jestem teraz
własnym wrogiem.
„Ale ja nie
potrafię pomóc sobie, nie potrafię zatrzymać siebie..
Zwariuję..
I nie
potrafię siebie zatrzymać, nie potrafię zapanować nad sobą..
Zwariowałam..”
8 września 2007 - „No, ale kiedy mówisz do
mnie Słońce, traktuję to, co nie co opacznie.”
Powiedz mi Panie
numer dwa, co myślałeś, gdy mnie tuliłeś? Stawałeś w mojej obronie? Śmiałeś się
ze mną? Jaki miałeś cel, gdy odprowadzałeś mnie na dworzec, chociaż się
spieszyłeś? Gdy na moją prośbę, poświęciłeś trening dla mnie? Co czułeś, gdy
szeptałeś mi do ucha?
A Pan,
szanowny Panie numer jeden? Co chciałeś sobie udowodnić podrzucając mnie pod
sufit? Bawiąc się moimi sznurkami? Grzebiąc w torebce i zaśmiewając się z
burdelu? Wygłupiając się ze mną jak małe dzieci? Co czułeś podczas
wielogodzinnych rozmów?
Spuścicie
pewnie głowy i zaczniecie mamrotać.
A ja wam
powiem, nie jest fajnie być maskotą. Być uczuciem zastępczym na trzy minuty.
Nie jest
miło być niczym. Nawet chwilowo.
„Zatańcz ze
mną jeszcze raz.
Otul twarzą
moja twarz.
Co z nami
będzie?
Za oknem
świt. Tak nam dobrze mogło być.
Gdy Ciebie
zabraknie i ziemia rozstąpi się, ja w nicości trwam.
Gdy kiedyś
odejdziesz, nas już nie będzie.
Siebie nie
znajdziesz też.”.
6 września
2007 „Ale pomyśl : on jest
szczęśliwy.. .” *
Powróciłam do
okna. Z Happysadem, którym On mnie zaraził, siedzę i patrzę.
Deszcz.
Pada, chociaż słowo leje lepiej będzie to odzwierciedlać.
Za sobą
słyszę powolne bulgotanie wody, zaraz zaleję sobie herbatę.
Przede mną
dwie pajdy chleba. Jedna z dżemem jagodowym, druga z masłem. Dla niej zabrakło.
Nawet tu
panuje prawo dżungli. Kto pierwszy ten lepszy.
Ale ona
przecież nie miała tego wyboru.
Ja też nie
miałam tego wyboru. Zawsze będę ‘drugą’.
On też
cierpiał. Pokochał swoją przyjaciółkę, która miała chłopaka. Rozwalić ich
związek czy dźwigać brzemię uczucia? Wybrał to drugie.
Potem On i
ja.
Mocniej
zaciskam dłoń na kubku. Dopiero po chwili zauważam, że trzęsąca się ręka wylewa
herbatę. Odruchowo wszystko wycieram.
Przed oczami
widzę Jego entuzjazm, gdy radośnie wykrzyknął, że Sandra zerwała z swoim
chłopakiem. Moja odpowiedz : „No to co robisz?”. I Jego zbity z tropu wyraz
twarzy, mówiący mi wszystko.
Drzewa
uginają się pod siłą wiatru. Mam wrażenie, że bezczelnie się ze mnie śmieją.
Schodzę z okna.
„Jesteś mi
jak siostra, o ile nie więcej!” huczy mi w głowie. Chcę wyrzucić z myśli to
spojrzenie. Ten uśmiech. Nasze zwycięstwo.
I tylko po
raz setny czytał sms-a od Gabi:
„Magda! Tego
kwiatu pół światu! Nie mów, że jesteś dziwna i inna, tylko dlatego, że on Cię
nie docenił! Jesteś świetną dziewczyną!”
Spoglądam na
szybkę telefony jeszcze raz.
I znowu. I
po raz kolejny.
I wreszcie
wybucham śmiechem,
oblewając
się przy okazji herbatą.
* także z
jednego z sms-ów od Gabi
4 września
2007 Z przygód młodej licealistki
Siedzimy na
chemii. Dochodzi około godzina trzynasta piętnaście. Dzwonek zadzwoni o
godzinie trzynastej trzydzieści pięć.
- Jedziesz jednak tym trzydzieści
dziewięć po? – Tatiana, moja współlokatorka z ławki, szepnęła.
- Aha. – odparłam półgłosem,
przyglądając się chemiczce, czy aby przypadkiem nie patrzy.
- No to powodzenia.
Z
niecierpliwością spoglądałam na zegar. Trzydzieści dwa po. Trzydzieści trzy po.
Powoli, nie chcąc wzbudzić zainteresowania nauczycielki, pakowałam rzeczy.
Równo trzydzieści pięć zadzwonił dzwonek. Nerwowo spoglądałam na chemiczkę,
lecz ta chyba nie zamierzała skończyć w ciągu najbliższych pięciu minut.
- Nie zdążysz. – odezwał się Bartek
półgębkiem.
- Kurde… – gorączkowo myślałam co
zrobić, nagle wpadł mi do głowy pomysł. Wstałam i głośno powiedziałam – Do
widzenia!
Nauczycielka
wybita z tropu machinalnie odpowiedziała „Do widzenia”, a ja – tylko na to czekając
– wypadłam z klasy. Cudem trafiając do wyjścia, przebiegłam przez ulicę i
biegłam bulwarem, potrącając ludzi, którzy zmierzali w przeciwnym kierunku.
Dobiegając do dworca, zauważyłam autobus i zaczęłam machać rękoma jak oszalała.
Uprzejmy kierowca zaczekał.
- Ufff….. – wyrwało mi się, gdy siadałam w niemal
pustym autobusie.
Zamknęłam
oczy. Przed oczami stanęła mi poranna scena.
W połowie
drogi o godzinie jakże późno-nocnej jaką jest siódma piętnaście spotkałam
tatusia mojego, który wracał z nocki.
Widząc mnie, zaczął się głupio uśmiechać i iść slalomem, z daleka już widziałam
poruszające się usta, lecz nie słyszałam, co mówi. Gdy był w zasięgu głosu i
gdy dotarło do mnie, co śpiewa sobie coraz głośniej pod nosem, aż zagotowało się
we mnie.
- A ja idę sobie spać! A ja idę sobie
spać! A ja idę sobie spać! Sia la la la! A ja idę sobie spać!
- A ja idę do szkoły. – odburknęłam
niemiło.
- A ja idę sobie spać! A ja idę sobie spać!
– kontynuował, tak jakby nie słyszał mojej odpowiedzi.
I chociaż
założyłam słuchawki z mp3, to jakoś nie mogłam odgonić uśmiechniętej twarzy
taty wyśpiewującej : „ A ja idę sobie
spać!”, bo w każdej piosence słyszałam
melodyjkę na którą sobie raczył ten tekst podśpiewywać…
2 września
2007 Wysłuchać starego człowieka
To było aż
niemożliwe. Oczy mu się świeciły, gdy opowiadał jak było. Mówił tak szybko, że
poszczególnych słów nawet nie rozumiałam, ale to nie szkodzi. Ja tylko sobie
myślałam: „Mój kochany Dziadyga!” i się uśmiechałam.
Otworzyłam
usta ze zdumienia, gdy nagle z wstał i z nienaturalnym ożywieniem zaczął
wykonywać gesty i pokazywać sceny jakie odgrywała Babuszka na basenie. Nie
wyobrażam sobie, że mogło by go zabraknąć. Z lękiem spoglądam na jego wątłe
ciało i coraz gorsze zdrowie.
Odkąd
pamiętam łączyła mnie szczególna wieź z dziadkiem. Jednym i drugim. Jednak
osiem lat temu – na niecałe dwa miesiące przed narodzinami mojej siostry –
dziadek z strony taty zmarł. Trzy lata temu babcia wyszła powtórnie za mąż, ale
wiadomo, że jej nowy mąż nie zastąpi mi dziadka. Jesteśmy ze sobą po imieniu, z
czego nie są zbytnio zadowoleni moi rodzice.
Ojciec mamy
jest uwielbiany przez swoje wszystkie wnuki. Chuderlawy, niski dziadek zawsze
potrafił wszystko naprawić i wysłuchać. Żartobliwie przezywany przeze mnie
Dziadygą, co jest nieczęstym powodem kłótni z kuzynami. Dziadek Genek –
zdrobniale od Eugeniusza – siedmioro wnucząt tak go nazywa. Ja wyjątek
pozostaję przy Dziadydze.
Sobota. To
nieoficjalnie jest Dzień Wnuczki i Dziadka. Każda sobota rozpoczyna się tak
samo. Ja przychodzę do dziadka, razem oglądamy „Fakty”, namawiam go na „Nianię”
i film.
Ostatnio nam
wypadło. Dziadyga z Babuszką pojechali
na wycieczkę trzydniową. Zabrał ich mój chrzestny, a ich pierworodny syn. Byli
m.in. na basenach w Słowacji. Co dla nich było zupełną nowością.
Przyglądając
się jak Dziadydze błyszczą się oczy, zrozumiałam czego potrzebują starsi
ludzie. A ich potrzeby wcale nie różnią się od tych naszych. Oni potrzebują
kogoś, kto ich wysłucha.
Dziadyga i
Babuszka, wiedzą że jesteśmy zajęci. Wiedzą, że czasem wpadamy, żeby się
wygadać. Rozumieją to. Jednak wiedzą też, że mogą na nas liczyć.
Uśmiech sam przywołuję
się na twarzy, gdy przypomnę sobie dziadka, który skacze po kanapie, usiłując
pokazać pływającą babcię. I nie żałuję tego, że nie zobaczyłam długo
wyczekiwanego filmu. Bo w myślach obija mi się do dziś : „ Nie podobała mi się
kiecka babki, więc wyciepłem ja do hasioka na Słowacji. Kapła dopiero się w
doma!”
Mój kochany Dziadyga
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz