sobota, 13 lipca 2013

Ten z wrześniem 2007



25 września 2007       Grzesiu wierszokleta :)

Dzisiaj notka banalna.

Prosta i zrozumiała.

Biało na czarnym.







Oto jak postrzegają mnie w klasie

(a przynajmniej jak postrzega mnie Grzesiu, który ten wierszyk układał ) :





„Magda to…

Dziewczyna jakich mało – z chłopakami w piłkę gra

 i radzi sobie śmiało.

Lubi też czasem w siatkę popykać

- przed jej ścinami trzeba prędko zmykać.

W nas gieksiarzach się już krew gotuje,

bo przecież Ona Ruchowi kibicuje!

Lecz, mimo tego że  jest Niebieska,

nie dzieli Jej od nas żadna gruba kreska.

Pomiędzy nami panuje zgoda…



I w  ogóle nam się wszystko w Magdzie podoba!”


22 września 2007       Za szmaty ciągnąc…

 Aura niezidentyfikowanego uczucia o ładunku ujemnym krążyła wokół mnie. Już od samego rana nie dawała mi spokoju. Na początku warczałam, więc nawet Justyn odsunął się i mi nie dokuczał. Tata wcześniej wyszedł do pracy.



Potem, gdy byłam sama w domu, zaczęła atakować.



Podczas przeglądania zdjęć z obozu – drżały mi ręce. Doszłam do zdjęcia w Gniewnie. Miałam ochotę wziąć cyrkiel i wbić prosto głowę. Mściwie myśli chciały zrobić  tarczę i rzucać rzutkami w Jego twarz.



Ze złością odrzuciłam zdjęcia.



Przeszłam do pokoju i włączyłam telewizor.



Leciała ‘ta’ piosenka. Złapałam najbliższą poduszkę i schowałam się pod nią niczym struś pod piaskiem. ‘To przypadek’ powtarzałam sobie. Tylko przypadek. Z ulgą usłyszałam końcówkę piosenki, aż tu nagle leci druga! Z przekleństwem na ustach wyłączyłam telewizor, rzuciłam pilot na stolik i poduszką o ścianę. Witraż w drzwiach ledwo się utrzymał, gdy zamykałam drzwi.



Przeszłam do kuchni, nalałam sobie herbaty.



Słyszałam je, już wtedy, gdy wchodziły do  klatki. Powitały mnie wybuchem śmiechu. Wpuściłam je do środka. Szybko się zadomowiły.



Ładunek powoli się zmieniał.



Dojechała Gabi. Było inaczej.



Zdjęcia oglądałam ze śmiechem. Dochodząc do Gniewa, zaśmiewałyśmy się z miny jaką On zrobił. Piosenka inaczej brzmiała, zaczęłyśmy tańczyć.



Poszły. Pojechała.



Jestem sama. Siadam przed komputerem. Chociaż sobie obiecałam, że nie będę tego robić, łamię dane słowo i cofam się wstecz.



Oglądam archiwum. Jakże to odległe jest, a jakże bliskie.



 Mam wrażenie, że wczoraj siedziałam skulona przed komputerem i z łzami w oczach pisałam o zawodzącym tytule czy baloniku. Jakby przed chwilą kliknęłam na „Publikuj”  przy notce o Panu numer dwa czy o problemach z Panem numer jeden.



Trzymaliście za mnie kciuki. Wierzyliście we mnie. Mija czas, a ja nie widzę poprawy.



Spycham to na najdalszą część umysłu, chociaż przekonałam się, że i uczucia zataczają koła… Nie chcę się uczyć na własnych błędach.



Czas mi nie pomaga. Wewnętrznie czuję, że jest moim przeciwnikiem. Im dalej, tym głębsze są rany, chociaż powinny się goić.



Wmawiam sobie miłość, a potem – nawet nie wiem kiedy – staje się ono rzeczywiste.  Sprawia ból.



Przyrzekłam sobie, że odstawie je na półkę na miesiąc. Powoli czuję, że moja ręką nieznacznie po nie sięga, gdy spuszczę wzrok. Rozglądając się wokół, dostrzegam mnóstwo facetów. Zdziwiona jestem, bo nigdy ich tylu nie zauważałam. Pokusa jest silna.



Biorę je za szmaty i wyrzucam do studni. Odcinam sznurek do wiaderka, a samo wiaderko zabieram i ofiaruję w prezencie.

Dam to przyjaciółkom. One doradziły. One będą sprawować pieczę. Im zaufam.

Tak jak dziś.  

19 września 2007      
No, bo żalić się będę.

Uwaga będę się wyżalać, proszę więc przygotować tonę chusteczek i maść od bólu od ciągłego poklepywania mnie po plecach, bo tego dość dużo jest.

No, bo zaczęło się od szkoły i na szkole się nie skończy ( chociaż się z nią wiąże).

No, bo ja tylko tak latam i latam ( a trzeba wziać pod uwagę, że autobusy mam idealnie ‚za pięć’ więc jest so good jak powiemy po angielsku).

A o angielskim nawet nie wspominam, no bo nasza pani profesor jest bardzo ambitna (zostało jej chyba ze studiów, chociaż ja myślałam, że po paru latach to mija – jej widocznie nie.) i dostajemy na każdej lekcji drukowaną stronę A4 z słówkami zapisanymi Arialem 10. I w dodatku musimy to umieć na następną lekcję + zadania domowe, które można porównać do pergaminów egipskich.

No, bo pani profesor z matematyki, chociaż jest fajny i wytłumaczy, to pracy domowej zadaje porównalnie tyle samo, co pani profesor z angielskiego. Chociaż, nie – zadaje więcej. Marna pociecha.

No, bo pisałam testy kompetencji z a) angielskiego; b) fizyki; c)matematyki; d) historii; e) biologii; f)geografii; g) niemieckiego; h) chemii i poszło mi a) nie widać efektów sześciu lat nauki języka; b) wystarczy, że powiem, że nie sądziłam, że mogę bardziej znienawidzić fizykę; c) ha ha ha od razu widać było, że miałam piątkę z matematyki (dla niewtajemniczonych to sarkazm był); d) to, że lubi historię, nie znaczy, że ją potrafię..; e) niezapowiedziany to raz, a dwa patrz podpunkt b; f) pani profesor podchodzi z uśmiechem na ustach i pytaniem: „A może ty dziewczynko do tablicy pójdziesz?” o my gad.; g) nie uczyłam się nigdy niemieckiego, ale co tam, kazali mi pisać; h) pozostawię bez komentarza ( można przyjąć także podpunkt b).

No, bo po tych testach doszłam do wniosku, że jestem głupia.

No, bo w grupie niemieckiej, która jest od podstaw ( podkreślam od podstaw!) jest sześć osób, które nie miały niemieckiego ( w tym ja) i dziesięć, które miały minimalnie trzy lata, jednak chcą poprawić sobie podstawy. I lekcja wygląda tak, że ja i tamte pięcioro mamy oczy jak spodki i gęby na zolu (czyt.podłodze), a tamte dziesięcioro siedzi i śpi jak bobry w zimie ( o ile bobry śpią w zimę, nie wiem, słaba z bioli jestem jak dowiódł ten test.) i nauczycielka nie wie jak to pogodzić.

No, bo w domu jest taki hałąs i chaos, że nie mam jak się uczyć.

No, bo wczoraj wracałam się do domu trzy razy (!) a i tak na przystanku mi się przypomniałom, że nie wzięłam pieniędzy.

No, bo mój brat ma jutro urodziny, a ja nie wiem, co mu kupić.

No, bo nie mogę wyjść na dwór, bo się tylko uczę i uczę.

No, bo wczoraj jak się uczyłam, to leciało Mission Impossible, a ja chciałam na to patrzeć, co okazało się samo w sobie mission impossible.

No, bo biegnąc ze schodów, urwałam na gelendrze (czyt. poręczy ze schodów) słuchawki z mp3.

No, bo chcę wreszcie wyjsć z domu!

No, bo dziura ozonowa się powiększa.

No, bo mam w klasie taką osobę, która mówi do każdego : „Przepraszam, jednakże jeżeli pozwolisz to ośmielę się nie zgodzić z twoją opinią, aczkolwiek jest ona z reguły słuszna, albowiem każdy czasem ma trochę racji, wszak pozwalam sobie przytoczyć fakt iż mi często jednak to się zdarza.” O.O

No, bo w klasie jest też jej męzki odpowiednik: „Jeśeli spotkasz takiego INteligentnego….” (akcent na pierwsza sylabę!..), który kończy każdą swoją wypowiedz ( a nie tylko, czasem i zaczyna i ma w środku) słowem: DEFACTO.

No, bo jestem niewyżyta.

No, bo patrzę na komputer z daleka.

No, bo nie mam czasu na bloga.

No, bo nie widziałam przyjaciółek od początku roku szkolnego.

No, bo nie gramy w siatkówkę na w-f-ie.

No, bo wszystko opornie mi idzie.

No, bo serce mnie dalej nie chce słuchać.

Chlip chlip chlip

Buuuuu….





_________________________________________________________________________



dopisek 20 września
HAHAHAHA JESTEM CIOCIĄ!!! MOJ BRAT CIOTECZNY URODZIŁ (ZNACZY SIĘ JEGO ŻONA :P ). I MAM MAŁEGO CIOTECZNEGO BRATANKA O IMIENIU DAWID! :)

CIOCIA MAGDA. (jak to brzmi xD)




16 września 2007 ” W taką ciszę wszystkie gwiazdy na niebie wyliczę , Ciebie wołam , ale cisza i pustka dookoła. „*

Cisza. Jest 3.
Delikatnie zsuwam kołdrę i wstaję. Przemykam niczym kot do kuchni.
Oczy przyzwyczajone są do mroku. Widzę zarysy rzeczy. Kształty o tej porze są całkiem inne. Wszystko nabiera nowych barw w odcieniach szaro-czarnych.
W tej ciszy słychać każdy mój krok. Odbijają się one echem po kafelkach.

Jestem przy oknie. Chętnie bym usiadła z kubkiem herbaty, ale to zbyt ryzykowne. Więc tylko rękoma podpieram sobie głowę.

Patrzę.

Nagle – jakby z oddali – słyszę jakiś ruch, który w tej ciszy brzmi niczym hałas.Odwracam się. Nastawiam uszy. To tylko ktoś się poruszył we śnie. Jednak wolę nie ryzykować.

Powoli wracam do łóżka. Mam wrażenie, że moje kroki słyszy każdy w promieniu mili, a głośne łopotanie serca – dwóch.

Kładę się. Łóżko zaskrzypiało. Wykrzywiam twarz w grymasie i niespokojnie oglądam się na rodzeństwo. Oni jednak śpią dalej snem kamiennym.

Leże i gapię się w biały sufit. Próbuję rozwiązać dylemat czy zamknąc oczy i śnić znowy o zapomnianym, które w snach odżywa czy przeżyć kolejną bezsenną noc..

„Nie wybrałeś mnie – żegnaj więc.

Nie, nie… nie chcę żyć jak cień!

Nie wybrałeś mnie – żegnaj więc.

Nie, nie… nie atakuj mnie!.

Chcę pożegnać się.”


12 września 2007       „I want to talk to you!” *

Widzę mrugające słoneczko z gadu-gadu. Pan numer jeden jest dostępny. Tylko siłą woli powstrzymuję się od napisania. Z trudem powracam do poprzedniej czynności.

Nie chce się odezwać.

Chcę się odezwać.

Boli to niezdecydowanie.

Wiem, że ta chwilowa rozmowa zagłuszy złość i cierpienie. Na moment. Potem powróci. Nie chcę tego. Drżącymi rękoma – sama nie wiem, czy z zimna czy ze strachu – powtórnie wracam do stron www, byle zając czymś umysł.

„Pan numer dwa jest dostępny” czytam. Zamykam oczy. Na szczęście czajnik gwiżdże, szybko przebiegam do kuchni i zalewam herbatę, wracając Pan z numerem drugim jest na ‚zaraz wracam’.

Czytam wiadomości sportowe. „Podpijamy Finladię!” w nagówku, przechodzę do pierwszego akapitu. Jednak nic z niego do mnie nie dociera. Czytam jeszcze raz. Pierwszy wers. Po kolejej próbie poddaję sie.

Obaj są teraz dostępni.

Nic na to nie poradzę Chcę z nimi rozmawiać. Tylko z nimi można było się tak dogadać, tak zabawić. Tak się poczuć. Nie ważne są już dla mnie płynące łzy i zadany ból.

Ja chcę! Dlatego… wyłączam gadu-gadu.

Przeciwko sobie stanęłam. Sama siebie niszczę, by wkrótce sama siebie odbudować.

Jestem teraz własnym wrogiem.

„Ale ja nie potrafię pomóc sobie, nie potrafię zatrzymać siebie..

Zwariuję..

I nie potrafię siebie zatrzymać, nie potrafię zapanować nad sobą..

Zwariowałam..”



 8 września 2007 - „No, ale kiedy mówisz do mnie Słońce, traktuję to, co nie co opacznie.”

Powiedz mi Panie numer dwa, co myślałeś, gdy mnie tuliłeś? Stawałeś w mojej obronie? Śmiałeś się ze mną? Jaki miałeś cel, gdy odprowadzałeś mnie na dworzec, chociaż się spieszyłeś? Gdy na moją prośbę, poświęciłeś trening dla mnie? Co czułeś, gdy szeptałeś mi do ucha?



A Pan, szanowny Panie numer jeden? Co chciałeś sobie udowodnić podrzucając mnie pod sufit? Bawiąc się moimi sznurkami? Grzebiąc w torebce i zaśmiewając się z burdelu? Wygłupiając się ze mną jak małe dzieci? Co czułeś podczas wielogodzinnych rozmów?

Spuścicie pewnie głowy i zaczniecie mamrotać.
A ja wam powiem, nie jest fajnie być maskotą. Być uczuciem zastępczym na trzy minuty.
Nie jest miło być niczym. Nawet chwilowo.

„Zatańcz ze mną jeszcze raz.

Otul twarzą moja twarz.

Co z nami będzie?

Za oknem świt. Tak nam dobrze mogło być.

Gdy Ciebie zabraknie i ziemia rozstąpi się, ja w nicości trwam.

Gdy kiedyś odejdziesz, nas już nie będzie.

Siebie nie znajdziesz też.”.

6 września 2007         „Ale pomyśl : on jest szczęśliwy.. .” *

Powróciłam do okna. Z Happysadem, którym On mnie zaraził, siedzę i  patrzę.

Deszcz. Pada, chociaż słowo leje lepiej będzie to odzwierciedlać.

Za sobą słyszę powolne bulgotanie wody, zaraz zaleję sobie herbatę.

Przede mną dwie pajdy chleba. Jedna z dżemem jagodowym, druga z masłem. Dla niej zabrakło.

Nawet tu panuje prawo dżungli. Kto pierwszy ten lepszy.

Ale ona przecież nie miała tego wyboru.

Ja też nie miałam tego wyboru. Zawsze będę ‘drugą’.

On też cierpiał. Pokochał swoją przyjaciółkę, która miała chłopaka. Rozwalić ich związek czy dźwigać brzemię uczucia? Wybrał to drugie.

Potem On i ja.

Mocniej zaciskam dłoń na kubku. Dopiero po chwili zauważam, że trzęsąca się ręka wylewa herbatę. Odruchowo wszystko wycieram.

Przed oczami widzę Jego entuzjazm, gdy radośnie wykrzyknął, że Sandra zerwała z swoim chłopakiem. Moja odpowiedz : „No to co robisz?”. I Jego zbity z tropu wyraz twarzy, mówiący mi wszystko.

Drzewa uginają się pod siłą wiatru. Mam wrażenie, że bezczelnie się ze mnie śmieją.

Schodzę z okna.

„Jesteś mi jak siostra, o ile nie więcej!” huczy mi w głowie. Chcę wyrzucić z myśli to spojrzenie. Ten uśmiech. Nasze zwycięstwo.
I tylko po raz setny czytał sms-a od Gabi:

„Magda! Tego kwiatu pół światu! Nie mów, że jesteś dziwna i inna, tylko dlatego, że on Cię nie docenił! Jesteś świetną dziewczyną!”



Spoglądam na szybkę telefony jeszcze raz.

I znowu. I po raz kolejny.

I wreszcie wybucham śmiechem,

oblewając się przy okazji herbatą.

* także z jednego z sms-ów od Gabi


4 września 2007         Z przygód młodej licealistki

Siedzimy na chemii. Dochodzi około godzina trzynasta piętnaście. Dzwonek zadzwoni o godzinie trzynastej trzydzieści pięć.



-         Jedziesz jednak tym trzydzieści dziewięć po? – Tatiana, moja współlokatorka z ławki, szepnęła.

-         Aha. – odparłam półgłosem, przyglądając się chemiczce, czy aby przypadkiem nie patrzy.

-         No to powodzenia.



Z niecierpliwością spoglądałam na zegar. Trzydzieści dwa po. Trzydzieści trzy po. Powoli, nie chcąc wzbudzić zainteresowania nauczycielki, pakowałam rzeczy. Równo trzydzieści pięć zadzwonił dzwonek. Nerwowo spoglądałam na chemiczkę, lecz ta chyba nie zamierzała skończyć w ciągu najbliższych pięciu minut.



-         Nie zdążysz. – odezwał się Bartek półgębkiem.

-         Kurde… – gorączkowo myślałam co zrobić, nagle wpadł mi do głowy pomysł. Wstałam i głośno powiedziałam – Do widzenia!



Nauczycielka wybita z tropu machinalnie odpowiedziała „Do widzenia”, a ja – tylko na to czekając – wypadłam z klasy. Cudem trafiając do wyjścia, przebiegłam przez ulicę i biegłam bulwarem, potrącając ludzi, którzy zmierzali w przeciwnym kierunku. Dobiegając do dworca, zauważyłam autobus i zaczęłam machać rękoma jak oszalała. Uprzejmy kierowca zaczekał.



-         Ufff…..  – wyrwało mi się, gdy siadałam w niemal pustym autobusie.



Zamknęłam oczy. Przed oczami stanęła mi poranna scena.

W połowie drogi o godzinie jakże późno-nocnej jaką jest siódma piętnaście spotkałam tatusia mojego, który  wracał z nocki. Widząc mnie, zaczął się głupio uśmiechać i iść slalomem, z daleka już widziałam poruszające się usta, lecz nie słyszałam, co mówi. Gdy był w zasięgu głosu i gdy dotarło do mnie, co śpiewa sobie coraz głośniej pod nosem, aż zagotowało się we mnie.



-         A ja idę sobie spać! A ja idę sobie spać! A ja idę sobie spać! Sia la la la! A ja idę sobie spać!

-         A ja idę do szkoły. – odburknęłam niemiło.

-         A ja idę sobie spać! A ja idę sobie spać! – kontynuował, tak jakby nie słyszał mojej odpowiedzi.

I chociaż założyłam słuchawki z mp3, to jakoś nie mogłam odgonić uśmiechniętej twarzy taty wyśpiewującej   : „ A ja idę sobie spać!”,  bo w każdej piosence słyszałam melodyjkę na którą sobie raczył ten tekst podśpiewywać…


2 września 2007         Wysłuchać starego człowieka

To było aż niemożliwe. Oczy mu się świeciły, gdy opowiadał jak było. Mówił tak szybko, że poszczególnych słów nawet nie rozumiałam, ale to nie szkodzi. Ja tylko sobie myślałam: „Mój kochany Dziadyga!” i się uśmiechałam.

Otworzyłam usta ze zdumienia, gdy nagle z wstał i z nienaturalnym ożywieniem zaczął wykonywać gesty i pokazywać sceny jakie odgrywała Babuszka na basenie. Nie wyobrażam sobie, że mogło by go zabraknąć. Z lękiem spoglądam na jego wątłe ciało i coraz gorsze zdrowie.

Odkąd pamiętam łączyła mnie szczególna wieź z dziadkiem. Jednym i drugim. Jednak osiem lat temu – na niecałe dwa miesiące przed narodzinami mojej siostry – dziadek z strony taty zmarł. Trzy lata temu babcia wyszła powtórnie za mąż, ale wiadomo, że jej nowy mąż nie zastąpi mi dziadka. Jesteśmy ze sobą po imieniu, z czego nie są zbytnio zadowoleni moi rodzice.



Ojciec mamy jest uwielbiany przez swoje wszystkie wnuki. Chuderlawy, niski dziadek zawsze potrafił wszystko naprawić i wysłuchać. Żartobliwie przezywany przeze mnie Dziadygą, co jest nieczęstym powodem kłótni z kuzynami. Dziadek Genek – zdrobniale od Eugeniusza – siedmioro wnucząt tak go nazywa. Ja wyjątek pozostaję przy Dziadydze.

Sobota. To nieoficjalnie jest Dzień Wnuczki i Dziadka. Każda sobota rozpoczyna się tak samo. Ja przychodzę do dziadka, razem oglądamy „Fakty”, namawiam go na „Nianię” i film.

Ostatnio nam wypadło. Dziadyga z Babuszką  pojechali na wycieczkę trzydniową. Zabrał ich mój chrzestny, a ich pierworodny syn. Byli m.in. na basenach w Słowacji. Co dla nich było zupełną nowością.

Przyglądając się jak Dziadydze błyszczą się oczy, zrozumiałam czego potrzebują starsi ludzie. A ich potrzeby wcale nie różnią się od tych naszych. Oni potrzebują kogoś, kto ich wysłucha.

Dziadyga i Babuszka, wiedzą że jesteśmy zajęci. Wiedzą, że czasem wpadamy, żeby się wygadać. Rozumieją to. Jednak wiedzą też, że mogą na nas liczyć.

Uśmiech sam przywołuję się na twarzy, gdy przypomnę sobie dziadka, który skacze po kanapie, usiłując pokazać pływającą babcię. I nie żałuję tego, że nie zobaczyłam długo wyczekiwanego filmu. Bo w myślach obija mi się do dziś : „ Nie podobała mi się kiecka babki, więc wyciepłem ja do hasioka na Słowacji. Kapła dopiero się w doma!”

 Mój kochany Dziadyga



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz