13 grudnia 2009 Bachubachowanie
Zaintrygowana filmem, przeczytałam całą sagę Mayer w lato. Ku zgrozie
Lubego, który po obejrzeniu „Zmierzchu” na nazwisko aktora grającego Edwarda i
na rzeczy powiązane z tym filmem reaguje alergicznie. Gdy druga część weszła do
kin, wołami i końmi zaciągnęłam go do Cinema City. Przyjął propozycję skuszony
tylko i wyłącznie perspektywą popcornu i coca-coli. A ja? Myślałam, że bardziej
zniszczyć książkę niż zrobili to reżyserzy i scenarzyści Harry’ego Pottera się
nie da. A jednak się myliłam. „Księżyc w nowiu” to totalne dno. Muszę przyznać,
że po raz pierwszy w życiu żałowałam, że poszłam do kina. Gry aktorskiej zero,
efektów specjalnych zero, jakiegoś humoru zero, charakteryzacji zero, w dodatku
kończy się jak tandetny serial..Porażka totalna ot, co. Jedyny plus? Była to
środa z Orange, więc zamiast za bilety zapłacić ponad trzydzieści złoty
zapłaciłam tylko szesnaście. ;)
Im bliżej matury, tym coraz bardziej jestem przekonana, że jej nie
zdam. Nie mówiąc już o tym, że moje poszukiwania sukienki studniówkowej spełzły
na niczym. Ale przynajmniej nowy termin studniówki nie koliduje z studiami
Lubego, a dokładnie jego egzaminami. A wizja balu maturalnego bez Niego nie
napawała mnie szczęściem.. O nie.
Jeżeli uważasz, że „Ferdydurke” Gombrowicza było dziwne i pokręcone,
spróbuj przeczytać „Trans-Atlantyk”. O.o
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz