29 listopada 2006 - Przedobrzone ja
Po całym wyczerpujacym dniu w
szkole jechałam do Pałacu Młodzieży na zajęcia przygotowujace do egzaminu
gimnazjalnego. Usiadłam wraz z Szczupakiem i Gabryśką na parapecie i
klechtałyśmy od niechcenia. Nagle podeszła do nas Ania – nielubiana przez całą
grupę dziewczyna. Zaczęła się przysłuchiwać jak mówimy o ocenach i średnich na
półrocze. Ignorowałyśmy ją, ale ona skutecznie przerywała każdą kwestię i w
końcu, gdy nasza cierpliwośc się skończyła zaczęła swój monolog:
- Nasz klasa jest wspaniała ma
średnią 5,75…. – nie dokońcyzła pierwszego zdania a już źle o niej myślałam. Ja
na szczęście nie chodzę z nią do grupy, więc nie wiem jakie wariacje wyrabia na
zajęciach. Ale no cóż…. Biedna Gabi.. Biedny Szczupak….Ale wracając do
średniej… 5,75? nasza klasa najlepsza w gimnazjum miała ostatnio 4,57 czy jakoś
tak.. i było 13 pasków i chyba z 7 stypednii.. reszta klasy uczy się dobrze.. a
oni? to jakieś kujony czy co? Przy tych rozmyślaniach dobiegł mnie dalszy ciag
monologu – Tak.. tak… prawie wszyscy mają średnią powyżej 5,6 a kilka osób ma
6,0! – w tym momentcie się wręcz zakrztusiłam śliną.. 6,0? W trzeciej
gimnazjum? To by dopiero musiały by być zombi!Ale to nic – niczym nie zrażona
Ania po chwili kontynuowała:
- A wiecie, ze ja jestem z jedną
z najlepszych? I…..
- Cześć Klaudia! – brutalnie jej
przerwałam. Przyszla Klaudia jedna z mojej grupy, ale nie chciała podejść –
przerażał ją widok Ani.
- No chodź! – wołała Ania –
Posłuchaj!
Chcąc nie chcąc Klaudia podeszła.
- Jaką masz średnią? – zapytała
uprzejmnie Gabrysia. Skoro Ania jest jedną z najlepszych to powinna mieć coś
koło 6,0 może 5,9… A odpowiedz była całkiem inna:
- Mała 3,9.. Ale to nic i tak
jestem najlesza w klasie. – w tym momencie nie wytrzymałam. zaczęłam się śmiać.
Szczupak i Gabi też nie wytrzymały i jak nic ryknęłyśmy homeryckim śmiechem.
Ale niczym nie zrażona Ania zaczęła dalej:
- A wiecie jak łatwo u nas
ściągać? Kolega na plecach ma książkę a ja z niej…
- A na egzaminie też bedziesz
ściągać?
- Na maturze?
- W pracy? – puścił się bieg
złośliwych pytań. Ania zaczęła się gubić w swoich kłamstwach…:
- Wtedy będę wszystko umiała juz
– wymyśliła ostatecznie.
- Ach tak? Niby skąd? Przecież
całe życie byłas na ściągach. – brutalnie sprowadziła ją na ziemie Hono.
- Chodźcie ze mną do łazienki –
zaproponowałam dziewczynom i posżłyśmy cały czas się śmiejąc.
- Jaka ona jest głupia! Takie
bzdury wymyślać! – denerwowała się Hono.
- I tylko po to, żeby ją ktoś
polubił…. – dodała Gabi….
Właśnie żeby ktoś kogoś
polubił…. Po co? Dlaczego mam kłamać o
sobie, aby zdobyć czyjeś uznanie? Przecież jeśli ktoś nie zaakceptuje mnie taką
jaką jestem, to nie jest mnie wart. Kłamstwo ma któtkie nogi – zawsze może się
wydać, że kłamałam i wtedy tak czy siak i tak odejdze ten mój kolega i
koleżanka. Więc po co gierki, kłamstwa, wymyślone super doprawione historyjki
pełne wspaniałych elementów, których w rzeczywistości nie było? Po co? Gra i
tak nie jest warta świeczki.
25 listopada 2006 - Nie ma jak przyjaciółki :)
Przyjaciółki to takie najbliższe
istioty na świecie i zawsze pomogą w sprawach faceta. Jestem pełna podziwu dla
nich, że potrafią wytrzymać ze mną, gdy przez cały dzień paplam : Archanioł
to…Archanioł tamto.. I jeszcze Archanioł siamto… Dlatego ucieszyły się, gdy im
powiedziałam:
- Gadałam z Archaniołem na gg i
mam przyjść na długiej przerwie na aulę!
Wszystkie zaczęły wręcz skakać z
radości i pytały jedna przez drugą :
- Pójdziesz?
- Nie wiem – odpowiedziałam
niezdecydowanie, no własnie sobie uświadomiłam, że mamy wtedy dwa w-f, więc na
spotkanie musiałabym iść w bordowej bluzeczce i krótkich spodenkach, czyli jednym słowem w stroju gimnastycznym. Jakoś
nie było mi śpieszno tak się zaprezentować fajnemu chłopakowi. Ale
przyjaciółeczki zdecydowały za mnie :
- IDZIESZ I KONIEC!
I nie miałam wyboru…. Pierw na
auli siedziałyśmy tylko ja i Agnieszka. Archanioł był sam i już wstawałam zeby
podejść i się przywitać, gdy dołączył do niego kolega – odwaga mnie opuściła i
usiadłam spowrotem na ławce. Do nas dołączyły Ela , Monika i Gabrysia, potem po obiedzie doszła Kasia, a
na doładkę Szczupak z Agatą….. cały arsenał dziewczyn… trudno nas było nie
zauważyć…. siedziałam cała zawstydzona, gdy one ryczały , pokazywały go palcem
i zachęcały, żebym do niego podeszła… warto by dodać, że Archanioł siedział
sobie w kręgu kilkunastu osób. Moja odwaga równała się zeru, jak nie ujemnych
liczb. Na to koleżaneczki wzieły mnie jak szmate pod pache i siłą zaprowadziły
przed jego oblicze…. A on udawał się nie widzi, ja cała czerwona, a one wołają:
- Hej!! TO JEST ONA!!! – on
w dalszym ciągu nie widział. – Jak się
on nazywa?
- Artur – odpowiedziałam odruchowo zanim zdążyłam
ugryźć się w język. Dopiero wtedy zaczął się cyrk, po prostu czulam wzrok całej
szkoły na siebie.
- ARTUR!! TO Z NIĄ PISAŁEŚ!! HEJ
ARTUR!!!! – Magda w tym momencie próbowała się wyrwać, ale Ela skutecznie
asekurowała ją od tyłu, niegdzie ucieczki
: po prawej Agnieszka, po lewej Monika, za mną Ela, a gdzieś tam z boku
chichrajace Kasia i Gabi – pułapka gorsza niż miał Bruce Willis w Szklanej… Ale
to było nic w porównaniu z tym co zrobiła Agnieszka:
- DUPKU SPOJRZYJ TU!! - w tym momencie przez głowę przemknęła mi myśl
: ” Terez moje szanse równe są zero!” Na szczęście wybawił mnie dzwonek i
dziewczyny mnie puściły.
- Ty głabie! Miałaś do niego podejść! Taką
szanse zmarnować….
Poczułam w tamtej chwili,
spoglądając na odchodzace plecy Archanioła, że naprawdę zmarnowałam swoją
szansę.. I gdzie podziała się moja odwaga? Niby niczego się nie boję… Jestem
wygadana, wręcz pyskata i beczelna… Z facetami nie mam problemu…Czsami mam z
nimi wręcz lepszy kontakt niż z dziewczynami…. A tu nagle cała odwaga prysła
jak bańka mydlana! Po prostu mnie wcieło….. Wracałam na w-f z smutną miną….
Agnieszka i Kasia mnie pocieszała, a Monika i Gabrysi wspominały ze śmiechem
jak zatrzymałam się na słupie, gdy mnie ciagneły Na w-f
wyładowałam swoje emocje i z humorem podchodziłam do tego, co stało się na długiej przerwie Wybaczyłam dziewczynom ich zachowanie – w
końcu to robiły dla mojego dobra… A gdy szłyśmy po wychowaniu fizycznym
śmiałyśmy się i nagle na schodach wpadłyśmy na Archanioła z kolegami.
Dziewczyny potem mówiły, że miałam oczy pełne popłochu i miały wrażenie jakbym
miała odlecieć jak najdalej stamtąd.. Ale on uśmiechnął się po nosem i poszedł,
a jego kolega wybuchnął śmeichem i się odwrócił. Więc może jeszcze nie jest nic
stracone Ale jedno jest pewne i nie ulega wątpliwościom : Nie
ma jak przyjaciółki
24 listopada 2006 - Pierwszy krok…
Dla rodziców i dziecka pierwszy
krok to jedno z ważniejszych wydarzeń. Patrząc na powoli chodzącego potomka, o
mało z dumy nie pekną, tym bardziej jeśli jest to pierworodny. Potem wszystkim
na około będą o tym mówić. Moi rodzice tak nie musieli, bo ja już w 8 miesiącu
potrafiłam pięknie chodzić. A zresztą ja byłam uzdolnione dziecko i mając
roczek potrfiłam się wysłowić calymi zdaniami
Mama szła na zakupy i wszysy jej sie przyglądali ze zdziwieniem, bo ona
szła i rozmawiała ze małym dzieckiem – pełnymi zdaniami wymieniały poglądy. Ja
wiem, że jestem chwalipięta Ale taka
moja natura , więc wybaczcie
Ale do tematu.
Czy mnie się tylko zdaje czy zawsze dziewczyna robi pierwszy krok?
Zewsząd słyszę romowy, a to w autobusie, w szkole i nawet na gg. Gdzie się
podziali faceci walczący? Łowiący? Czy teraz role się zamieniły? Dziewczęta
myśliwymi i książętami przybywającymi na swych rumakach, a faceci stali się
delikatnymi laleczkami i księżniczkami zamknientymi z wieżyczkach? Bo po takim
poważnym zastanowieniu większość ludzi to stwierdzi… Owszem są wyjątki, ale
jest ich tyle, ze potrafimy policzyć ich
na palcach dówch rąk, jak nie jednej.
Żeby zdobyć Archanioła ja również
musiałam zrobić pierwszy krok. Popytać jak się nazywa i w końcu wyżebrać gg i
napisać.
Może jakoś wrasta przez to ich
ego? Jaki ja jestem spoko, wszystkie o
mnie sie ubiegają.Gdzie się podziali normalni faceci? Dżeltelmeni?
Z dżeltelmenami ostatnio w mojej
klasie było zabawnie. Jeden taki co nigdy nie przepuszcza dziewczyn, nagle
stanął w drzwiach i wszystkich przepuszczał. My z Kasią czekamy aż on wejdzie -
z przyzwyczajenia, a ona nagle ryczy :
-Idziecie czy nie? – normalnie
szok przeżyłam,a potem do dwóch stojących obok kolegów powiedział – James Bond
zawsze wszystkich przepuszczał! – jeszcze powiedział to z taką dumą!. Widzicie
jacy wspaniali dżentelmeni na tym świecie? Po prostu ręce sie załamują…
Chciałabym faceta, który sam by o mnie zadbał… któremu nie trzeba o wszyskim
przypominać….który potrafi wyrzec sie stereotypu faceta siedzącego na tronie i
czekającego na jakąś laskę….. Ale czy w ogóle tacu są?
20 listopada 2006 - W temacie
lekarzy….
Pamiętacie opowieści o
dentystach? Dzisiaj będzie ciąg dalszy, tylko teraz o lekarzach
Ogólnie to nie przepadam za
szpitalami i rzadko w nich bywam, jednak bywają takie sytuacje, w których
konieczna, naprawde konieczna jest pomoc lekarza…..
Sytuacja nr 1 pt. „Zabawa w
chowanego”
Magda jest po wyrywaniu piątek.
Lekarka uzgadnia z mamą termin, w którym mają pobierać córeczce krew ( warto
wskazać, że nie ustaliły tego z mną! ). Gdy zbliżają sie do poradni, magda już
zaczyna się niepokoići pyta :
- Znów wybijać ząbki?
- Nie. – na odpowiedz mamy,
której Magda święcie ufała, uspooiłam się.
Bez histerii przeszłam koło
gabinetu dentystycznego i poszłyśmy dalej. Weszłyśmy do innego pomieszczenia,
na środku którego stała taka duża maszyna z rurką. Przy urządzeniu siedziała
duża dziewczynka, a Magda z przerażeniem obserwowała co płynie w rurce…. rurka
była poskręcana jak twister i płyneło w niej coś czerwonego…. Już wtedy miałam
obeznanie co to jest.. w końcu bylam wychowywana przez brata i jego kolegów….
KREW…. KREW!!!! Magda czmychnęła z gabinetu, a biegać to umiała , w koncu miało
sie to 4 miejsce w Rudzie Śląskiej nie? Caly personel ją gonił po całej
przychodni…było jeszcze więsze zamieszanie niż przy wyrywaniu piątek….Mimo
wszystko w końcu ja złapali… Zaleźli ja w szafce w gabinecie okulistów….
Strasznie się darła i wyrywała.. kapcie pogubila…. gryzła…… ale i tak pobrali
jej krew…. pomimo płaczu i zgrzytów zębów….
Sytuacja nr.2 pt. ” Taaakaaaa
strzyyyyykaaawkaaa !”
Jeśli ktoś o tym nie wie, to
bardzo fajnie jest mieć brata…. Szczególnie wtedy, gdy idzie sie na swoje
pierwsze świadome szczepienie… Słucha się opowieści wręcz z piekła rodem… Jak
to on keidyś był na szczepieniu i gwoździem mu wsadzali zastrzyk.. Ale takim
zardzewiałym gwoździem…. Magda słuchała go z uwielbieniem – no w końcu był
fajnym starszym bratem, który zabierał ją do swoich kolegów… co z tego ze potem
wylądowała pare razy w szpitalu.. co tam, ale to już inna historia No więc, swoje pierwsze szczepienie miałam w
wieku 7 lat. Oczywiście Justyn musiał mnie poinformować jak to wygląda :
- Bierze strzykawke… Ale taką
ooooogggrrrroooommmnnnąąąą – rozłożył jak najszerzej ramiona – Z taaakkkkąąąąą
wiiieeelllkąąą igłąąą – wskazał od ziemi do nieba – A potem ci ją wbija z całej
siłyyyy – z uśmiechem patrzył na przerażone oczy siostry – I kręci w twoim
ramieniu i kręci i kręci… a potem naciska zeby 20 litrów lekarstwa wpłyneło do
organizmu….. – i zakończył z triumfem – I o koniec !
- A boli? – wyszeptała Magda.
- Jak cholera! – wykrzyknął. –
Niektórzy nawet z bólu umierają!
W tym momencie droga do
przychodni była przesądzona : NIE I KONIEC. Magda się nigdzie nie ruszy poza
dom. Ale mama silniejsza. Wypchnęła za drzwi. Magda z całych sił trzyma się
poręczy i łka: – Ja nie chce umrzeć!! Mama ją szarpie, ciągnie, Magda chwyta
się każdych drzwi, każdego płotu, byle tylko nie do lekarza… niestety dochodza
do niego po ponad 30 minutowych szarpaninach…. zwykle dorga zajmuje tylko 5
minut…. Wszyscy koledyz uśmiechnięci – a Magda się drze….. W końcu zastrzyk…
Magda nie! Znowu próbuje ucieczki… ale lekarz przygotowany szybko robi
zastrzyk….. Magda mimo wszystko dalej sie drze……
Sytuacja nr. 3 pt. ” Klej
wszystko sklei ”
Jak chyba każdy miałam w
dzieciństwie wrogów. Takim moim największym wrogiem była taka Patrycja. Kiedyś
jak kręciłyśmy się na karuzeli, ona wzieła i mnie z niej zrzuciła,a potem – jak
już wstałam i stałam przy rogu siodełka – wzieła i nagle zakręciła. Odrzuciło
mnie w tył i z przerażeniem zauwazyłam ze nic nie widzę.. bo mam całą twarz we
krwi…. Szybko poleciałam do domu, mama obmyła i na pogotowie. Na ostrym lekarz
wziął mnie na stól i mówi:
- Jak masz na imię?
- Madalena
- Ślicznie. A ile masz lat?
- Pięc i pól
- A teraz jak duża dziewczynka
połóż się, a ja wtedy zrobię ci ładnie oczko.
- Nie. – trzebabyło widzieć ten
wzrok lekarza.
- Tak. – powiedział lekarz i zwrócił sie do
rodziców – Prosze jej powiedzieć.
- Magdalena położ się – mówi ładnie mama.
- Nie. – kręci blond głową córeczka.
- Magda w tej chwili się połóz –
wypływa rozkaz z ust taty.
- N I E . – mówi Magda wyraźnie.
Na to lekarz i tata siłą kładą ją
na stoł. Gdy się odwracają Magda siada.
- To jest niedopomyślenia. – lekarz całą siłą
położył się na Magdzie, ale ona i tak mimo wszystko usiadła, gdy ten się
odwrócił. Taka sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie. - No dobrze… skleimy ta
powiekę i łuk brwiowy, bo nic innego i tak nie wskóramy z tym uparciuchem –
odrzekł zrezygnowany doktor.
I już grzecznie i łądnie
siedzacej Magdzie skleił klejem powiekę i łuk brwiowy, a trzeba przyznać ze
bardzo pięknie – dzisiaj już nic nie widać
To już na dzisiaj koniec Palce mnie bolą, a z chęcią poopowiadalabym
wam jeszcze o tym, jak kolano do kości rozwaliła… jak mój palec został na dachu
i trzeba było go przyszyć… jak mi patyk o długośi 10 cm wszedł prawie w całości
do pięty….jak mi Justyn parasolem jedynki wybił…. jak sobie prawie ucho
urwałam… Ale to duzo opowiadania, to innym razem Ale się rozpisałam, uścisk prezesa dla tych,
którzy przeczytali wszystko od początku do końca :)
17 listopada 2006 - Jeśli
wybuchnie napisz mi esa…
Idąc do szkoły, w życiu nie
pomyślałabym, że coś takiego mnie spotka. Cała szkoła na boisku, matura
przerwana, bo niby ktoś dzwonił, że w szkole jest bomba…. Co śmieszniejsze nie
dzwoniono bezpośrednio do szkoły, tylko na komistariat policji… Nie zdążyłam nawet
wejść do szkoły, a już mnie na boisko odesłali…. Szybko odnalazłam klasę i
pytam o co chodzi? A ci, że bomba w szkole… Pierwsze co mi na myśli przyszło to
czemu tu stoimy? Przecież ona jest codziennie w szkole i nigdy nic nie było, a
teraz ze niby toksyczna? Ale jak przez mgłę powoli do mnie docierało, ze to
taka prawdziwa bomba, a nie nasza nauczycielka…
Powoli kojarzyłam fakty : ludzi stojacych ze wściekłymi minami przed
skzołą, których mijałam… ze mature odwołano… i w końcu że ktoś kompetnie zwariował….
No bo ludzie!!! Jak tak można? Jeszcze w taki dzien? Maturzyści przecież zabiją
gostka, w końcu mają zupelne do tego prawo – unieważnił im próbną maturę, którą
dobrze im się pisało. Zreszta pani powiedziala, ze w ciagu 20 minut znalezli
osobe, ktora wykonala rzekomo ostrzegawczy telefon o bombie.
Ale co mnie zupelnie rozbroilo to
sms od Szczupaka
Ja tam sie produkuje i dzwonie do
niej, kase marnuje, zeby tlyko powiedziec, ze ja kocham i ze ma wszystkim
powiedziec ze ich kocham i ze chcialabym, zeby moje porozrzucane cialo zostalo
skremowane i ze w ogole bede za nimi
tesknic… i ze chcialabym biale roze na pogrzeb i ze maja o mnie pamnietac..
jakies swieto zrobic…. A oan rowniez szlocha, ze takze mnie kocha i przekaze i
przyjdzie i przyniesie…… A ledwo co sie rozloczylam, to przyszedl sms:
„Jak wybuchnie to napisz esa, bo
nie chce mi sie przychodzic do szkoly, ktorej nie ma ” ………….
14 listopada 2006 - Wprawić mamę
w dobry nastrój :)
W moim przypadku bardzo łatwo
wprawić mamę w dobry nastrój i w dodatku nie potrzebuję żadnej czekolady,
więc zero wydatków Ale jak to zrobić?
Wystaczyło jej powiedzieć, że ide na olimpiadę z biologii…… Śmiała się ponad 15
min. Zapytanie czemu? Proste.. ja byłam zagrożona z bioli Miałam jedną ocenę na semestr i jak idzie się
domyśleć była to pała…. Wszyscy tylko na to patrzeli… Ijjeee Magda ma pałe i
jest zagrożona. No cóż, ale miałam w końcu pięć na koniec i tylko to się
liczy Ale wszyscy do dzisiaj to mi
wypominają.. Właśnie dlatego mama tak się śmiała. Gdy powiedziałam to ojcu to
ten podszedł i chciał mi temperaturę zmierzyć. Brat wybuchła śmiechem na każde
słowo biologia ( w końcu on nie był zagrożony ) więc nie będę opisywać jego
reakcji na tę sensacyjną wiadomość…
Na szczęście to moja ostatnia
olimpiada. Pisałam juz z poloka ( brakł mi jeden punkt, żeby dalej przejść ). O
macie nie będę wspominać.. Wystarczy powiedzieć, ze było takie zadanie :
Porówanaj wyrażenia arytmetyczne : 2003-1999 * 20006-20003 oraz 1999 i 7/13 * 2000 i 7/13 + 2001 i 7/13 * 1900 i 7/13…..
I miałam niby wykazać , ze one są takie same…… To trudno Przynajmniej gdy mamie o tych olimpiadach
powiedziałam to sie nie śmiała, tylko : ” Tak dziecko anuż ci się uda i nie
będziesz pisać testu gimnazjalnego!”
Prawie zapomnialam. Dzisiaj byłam
na zawodach z piłki ręcznej. Warto wspomnieć, że ja pierwszy raz w życiu grałam
w piłkę reczną. Więc gdy mama się dowiedziała, że jade na te zowody to tez się
śmiała, ale niestety tylko 10 minut. Jaka szkoda……
8 listopada 2006 - Od pudla do chłopca z lat 50…..
Długo wyczekiwaną notkę, w
dodatku z wymaganym tematem dedykuję zniecierpliwionej Monice
Gdy znudziła mi się moja
wieloletnia grzywka ( już ją posiadałam w wieku 2 lat ) przedzieliłam sobie
przedziałek i zaczesałam ją na boki. Wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że włosy
mi się falują ( ze wskazaniem niestety na loki ) i miałam z boku tzw. firanki.
Gdy byłam na 25-leciu u wujka, mój jakże przemiły chrzestny stwierdził:
„Że wyglądam w tej fryzurze jak
przejechany przez tir rozmokły pudel”
Może nie powiedział tego
dosłownie, ale tak to odczułam. Więc wybrałam się z Moniką do fryzjera Potem czekałam na tatę i on idzie i nagle
przechodzi obok mnie! Jakby nigdy nic! Dobra nic nie mówiłam, tylko dalej czekałam.
Po 3 minutach telefon:
- Magda? Gdzie ty jesteś?
Jak każdy się pewnie domyślił nie
był to nikt inny jak mój tatuś
Gdy weszłam do domu siostra jakoś
dziwnie popatrzała i sobie poszła, potem przychodzi i z takim mądrym wyrazem
twarzy siedmolatki mówi:
- Magda ty wiesz.. wyglądasz
zupełnie jak… jak FACET!
W tym momentcie szczena mi
opadła. Na dodatek Justyn dopowiedział:
- Ta jak chłopak taki po
wojnie….. Z lat 50!
A więc moje włosy przechodzą
ewolucję… poczynając na psach i kończąc na facetach…..
1 listopada 2006 - Szybki kurs
robienia różańca
Jak to często bywa w naszej
rodzinie, Weronice o godzinie 21.00 nagle i niespodziewanie przypomniało się,
ze na jutro KONIECZNIE MUSI MIEĆ różaniec. Któż tego nie zna? Mnie też sie tak
przypominało, ale…. no cóż…. ja przynajmniej wtedy nie histeryzowałam. Nie
wyłam. Nie szarpałam. Nie krzyczałam, że mnie nauczycielka zabije. Tylko brałam
się do roboty, albo całkowicie to już olewałam.
Może gdyby mama i tata byli w
domu zapobiegli by tej histerii, ale ja nie… Skoro nie ja, to co dopiero
Justyn, który siedział z nią od 18? Ale od poczatku.
Rodzice pojechali do sklepu.Ja
byłam w Katowicach. Justyn z małą w domu. Ja przyszłam o 20 i zaczęłąm robić
zadanie. Nagle usłyszałam wrzask – Justyn i Weronika się biją. Olałam to.
Przyzwyczaiłam się. Po 10 minutach rycznenia mała do mnie przyszła. Bo….. boo…
ona musi mieć…… pociągnięcie nosem…. a Justyn…… następuje litania jego złych
uczynków, przerywana pociągnięciami nosem… i ja nie mam z czego zrobić różańca
na religie…… zakończyła z wielkim rykiem. Wyła tak mi koło ucha przez 10 minut.
W ogóle nie mogłąm się skupić W końcu wnerwiłam się :
- OK! OK! Dam ci coś żebyś
zrobiłę ten gupi różaniec!
Łzy znikneły jak za pomocą
czarodziejskiej różdzki. Różaniec był gotowy po 25 minutach.
Jak szybko zrobić swój własny
osobisty różaniec?
Bierzesz ulubione korale i diody
z komórki. Korale służą za Zdrowaśki a diody za Ojcze nasz .Kolejno z ołówków lub wykałaczek robisz krzyż. Och i
nie zapomnij, że koneicznie z twojego swetra musisz wyciąć cekiny ( mogą być
także ze spodni/ spudnicy/sukienki ) ,aby zrobić pierwsze 3 Zdrowaśki. Ach i bym jeswzcze zapomniała, że
z ulubionej broszki robisz taki „lącznik” między pierwszą a ostatnią dziesiątką
różańca.
I taki prostu sposób twój własny,osobisty
i niepowtarzalny różaniec powstaje w 25 minut.
Ja jedynie pragnę dodać, mimo że
sama go zrobiłam – on nie nalezy do mnie………..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz