31 sierpnia 2007 - Blogowicz
Zwykły dzień. Słońce wstało. Miliony osób normalnie do pracy poszły. Dzieci się bawią. Nic nowego. Szary, codzienny dzień. Ostatni dzień wakacji.
Jednak jest coś innego w tym dniu. Siadając do komputera, mimochodem się uśmiechnęłam zanim go załączyłam. Przez głowę przemknęły mi obrazy blogów, na których niczym na święta Bożego Narodzenia czy Wielkanocy, będzie pisało : WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!
Dzisiaj jest święto. Święto wszystkich blogowiczów :) Jednoczymy się w Internecie niektórzy od pary dni czy tygodni, inni już od kilki miesięcy, roku czy nawet lat. Jesteśmy jak małe państewko. Tylko nie mamy swojego terytorium na ziemi, ale w sumie po co nam one? Mamy Internet. Mamy blogi. I przede wszystkim mamy siebie. :)
Wracam do komputera po pięciu minutach z kubkiem gorącej herbaty w ręce i talerzem z płatkami zalanymi naturalnym jogurtem.
Wszyscy jeszcze śpią. Zastanawiam się czy oni wiedzą, co ja robię, co piszę, z kim wymieniam się poglądami i co czytuję. Mama mi zaufała. Prosiła tylko, żeby nikogo z rodziny nie oczerniać. Ojciec do prośby się dołączył, parę notek (szczególnie tych o nim) sama mu podsunęłam. Stwierdził, że mam dobry styl pisania i tyle. Justyna to nie obchodzi. Weronika chciałaby, ale nie czyta dobrze i zresztą adresu jej nie dałam. Najwięcej larma o blog babcia zrobiła. Ona przewrażliwiona na punkcie pedofilii w Internecie, kazania mi robi przy każdej okazji. Jednak ja cierpliwie tłumaczę i pokazuję, co robię i mniej więcej na czym TO polega.
Popijam powoli gorącą herbatę. W niekulturalny sposób wylizuję talerz z resztek jogurtu. I na spokojnie zbieram myśli.
Na czym polega blogowanie? Wydaje się TO takie łatwe. A ja myślę, że nie jest. Trzeba mieć czas. Pomysł. Własny styl. Trzeba potrafić przekazać siebie. To nie pojawia się ot tak jak pstryknięcie palcami. Trzeba to wypracować.
Jak zwykle to moje zdanie. Właściciele popularnie nazywanych SwEEt bLogaSSkÓw pewnie się oburzą. Trudno. Zostanę przy swoim.
Rozumiem potrzebę pisania, ale niech to będzie pisanie z sensem. Niech TO będzie z sercem i z zapałem. Chociaż może niekiedy czasu mniej, pomysłu brak. Reprezentujemy nową grupę społeczną. Reprezentujmy więc ją z honorem. Bo blogowanie to nie jest prosta sprawa. I MY o tym wiemy.
No i najlepszego. :)
29 sierpnia 2007 A miało być tak pięknie…
Zamknęłam oczy i zanurzyłam nogę w gorącej wodzie. Powoli usiadłam. Jest super. Wokół mnie pełno piany. Morski zapach rozchodzi się po zaparowanej łazience. W ręce Harry Potter i kolejna pasjonująca przygoda. Rzadko kiedy zdarzają się takie sytuacje, kiedy wreszcie mogę sobie posiedzieć wygodnie w wypełnionym po brzegi brodziku. Wreszcie łazienka jest moja! W ciszy mijają trzy, może cztery minuty. Nagle rozlega się pełen rozpaczy głos taty:
- Magda! Ja muszę do łazienki! Wyjdziesz?!
Pół godziny przygotowań. Pięć minut kąpieli. Jak miło.
_________________________________________________________________
dopisek z 30 sierpnia
Tata odkupił swoją winę.
Kupił mi dzisiaj loda :)
Wybaczam, więc mu.
28 sierpnia 2007 - Kopia autorytetu
„Jestem Magdalena. Mam szesnaście lat. Jestem jasną blondynką.” – ja się tak przedstawię.
„Jestem Weronika. Mam osiem lat. Jestem blondynką.” – tak się przedstawi moja siostra.
„Postaraj się być dla niej autorytetem” powiedziała mi mama osiem lat temu. Więc się postarałam. Co mam z tego dzisiaj?
Wstałam od biurka i skierowałam swoje kroki do kuchni. Nasypałam płatków do talerza i zalałam je naturalnym jogurtem. Jestem z powrotem. Pałaszuję płatki i myślę nad każdym zdaniem wystukiwanym w klawiaturze. Mija niecałe pięć minut. Dosiada się do mnie moja siostra z identyczną zawartością talerza. Ignoruję ją.
Na każdym kroku słyszę, że jestem podobna do Weroniki. Moim zdaniem to ona podobna jest do mnie, ale no cóż. Nie raz się przekonałam, że mam odmienne zdanie od wszystkich.
Cieszyć się czy załamać? Jesteśmy siostrami. Czasem na wojennej ścieżce, czasem w zgodzie. Jednak zaczyna mnie to denerwować.
Taki sam piórnik. Taki sam kolor bluzki. Takie samo uczesanie. Bawienie się moimi kosmetykami. Taki sam ulubiony zespół. Taka jak ja.
„Mamo jak będę duża do ja też pójdę do Mickiewicza dobrze? Żeby jak Magda.” – usłyszałam przypadkiem, gdy pytała się mamy czy ona też by mogła. A mama ze śmiechem odpowiedziała, że tak. Cicho wróciłam do pokoju.
Nie chcę, żeby moja siostra była moją kopią. Możemy być podobne, ale nie takie same. Gdzie będzie jej osobowość? Zastąpi ją moim charakterem i sposobem bycia. Moim ja. Ona się zatraci.
W dalekiej przyszłości może będziemy się uzupełniać. Jednak teraz ona jest idealnym moim duplikatem. Rodzice są dumni. A ja chcę zachować siebie.
A jeśli uczeń przerośnie mistrza? Co stanie się ze mną?
______________________________________________________________
Wiem, że to takie ględzenie, ale zdenerwowały mnie zakupy do szkoły.
Ona ma nawet takie same zeszyty jak ja.
I buty!
W tym momencie mogę wysłać ją na Sybir.
A niech sobie jedzie.
A co
24 sierpnia 2007 - Pomieszane z poplątanym
Kropka. Lubię ją. I już. Kończy wszystko. Nie jest taka jak inne znaki interpunkcyjne.
Chciałabym ją czasem naśladować w życiu. Inaczej jednak myślą moje uczucia. Zamiast po każdej miłostce postawić stanowczą kropkę, one wolą średnik. Niektóre są bardziej bezczelne postawiają przecinek i chcą kontynuować to, co jest zakończone.
Myśli bezwolnie sobie latają. One także nie chcą używać kropki. Żyją tylko dwukropkami, średnikami, pytajnikami myślnikami i wielokropkiem. Zmuszają, by z jednej doszukiwać się drugiej, a z drugiej trzeciej. Igrają ze mną jak kot z myszką.
Czasem jednak odczuwam strach przed postawieniem kropki. Bezwzględnie z uczuciami nie mogę przecież zerwać, ale przecinka nie postawię przecież po nich. Przecinek pokazuje chęć kontynuacji, a ja nie chcę dalej ich ciągnąć. Pytajnik on by nic i tak nie wskórał, wykrzyknik pogłębił by moją depresję. Tak samo jak wielokropek. Dwukropek jest bliźniaczy w tej sytuacji do przecinka. Ewentualnie średnik by jakiegoś targu dobił, ale i to nie jest pewne. Myślnik zmusił do myślenia i wyciągania wniosków. Chyba on byłby najlepszy, lecz to zapędza w kozi róg.
Zmieniam plany życiowe. Pójdę na polonistykę i stworzę nowy znak interpunkcyjny. Nie wiem jak będzie wyglądał, może jakiś zawijas a może gwiazdopodobne coś. Oznaczać będzie coś zakończone, lecz pozostające zapisane takie jakie jest.
Kropka. Taka mała i niepozorna. A jaką ma wielką siłę.
21 sierpnia 2007 - Trzy tygodnie na miłość
Leżę na łóżku i wspominam obóz. Rodzice dziwnie się na mnie patrzą, gdy raz za razem wybucham śmiechem. Utwierdzają się o moim IQ. A ja zamykam oczy i widzę żywe obrazy…
Poznali się w autobusie. Po jednym dniu byli parą. Pasowali do siebie jak pięść do nosa, ale kogo to obchodziło? Demonstrowali swoje uczucia wszędzie. Można ich było spotkać całujących się, nie, oni się nie całowali – oni pożerali swoje twarze. Przez przypadek, wpadając do Jego pokoju, można było przyłapać ich na mocniejszych igraszkach, a Oni się w ogóle tym nie przejmowali i udawali jakby nikogo nie było w pokoju. Tak było przez dwa dni. W trzecim dniu się pokłócili o jakąś błahostkę. Wszędzie można było słyszeć jak On rozpowiada jaka to Ona jest idiotka i zdzira, odpłacała się tym samym. W czwartym dniu się pogodzili i cały cyrk zaczął się na nowo. Jednak patrząc na Nich i widząc, co wyprawiają – robiło się niedobrze i modliło się, by powrócili do wzajemnego pożerania twarzy, bo to było przy nowych zabawach niczym. Po niecałych dwóch tygodniach ostatecznie się rozstali. Cały obóz musiał wysłuchiwać coraz nowszych epitetów, które Oboje na siebie wrzucali. Wszystko zaczęło wyglądać jak jakaś telenowela wenezuelska, gdy On zaczął się spotykać z Inną. Ona była wściekła, On był zadowolony, Inna była obojętna – chciała udowodnić, że też może mieć chłopaka. Byli ze sobą trzy dni. Rozstali się dwa dni przed zakończeniem obozu. Wszyscy się im przyglądali i komentowali, niepochlebnie raczej. Ona i On w dniu wyjazdu się jeszcze całowali - o ile można było to tak nazwać, za to rozstali się w wielkiej nienawiści, kłócąc się o Inną.
On był tym tak zwanym najprzystojniejszym ciasteczkiem obozu, chyba tylko mnie nie przypadł do gustu. Wszystkie się o Niego biły. W końcu Jej się to udało. Byli ze sobą. Nie manifestowali jednak tego. W zaciszu siedzieli i się obejmowali. Nocne spacery i zabawne rozmowy. Byli identyczni : Ona szczupła i modna kochająca taniec, On wysportowany z kosmetykami największej jakości – pasowali do siebie. Spotykają się do dziś.
Dla Niego liczyło się tylko jedno – seks. W drugim dniu wyznał Pierwszej miłość. Ta go wyśmiała. Przerzucił się na Drugą, lecz gdy po paru dniach zorientował się, że i Druga nie wskoczy mu do łóżka, szybko zerwał kontakty. Z Trzecią zakumplował się szybko, a Ta pozwalała Mu na więcej, jednak to dalej nie było to TO czego oczekiwał. Znalazł Czwartą pod koniec obozu. Był z Nią do końca, niedawno się spotkali.
On się w niej zakochał na zabój, a Ona nie miała nic przeciwko. Pozwalała, żeby ją adorował. Po ponad tygodniu poprosił Ją, by została Jego dziewczyną – odmówiła, nie wierzyła w obozowe wielkie miłości. Poprosiła, by spotykali się ewentualnie po obozie. On rozłoszczony odszedł. Ona go olała.
Zaczęło się niewinnie. Ona zraniona była otwarta na nowe znajomości, On był po prostu wolny. Przez cały obóz nie wariowali, po prostu spędzali razem czas wygłupiając się i poznając wzajemnie. Nie zostali parą, chociaż obóz myślał inaczej. Byli przyjaciółmi. Utrzymują kontakt. Spotkają się teraz w piątek.
Nagły okrzyk za oknem wyrywa mnie z zamyśleń. Szybko wstaję i rozciągam się.
Przed oczami mam twarze osób występujących. Moja twarz także się tam znajduje.
Odmówiłam Jemu. Wręcz wyśmiałam Go, gdy po trzech dniach znajomości przyszedł do mnie wieczorem. Ja nie jestem jedną z takich. Co to, to nie.
W piątek idę na spotkanie. I nie ukrywam tego, że nie mogę się doczekać.
Jadąc do Chorwacji, Tata słuchał dość starożytnej muzyki. A słowa jednej z piosenek, jakoś mi utkwiły w pamięci i bez przerwy się powracają…
„ Ma szesnaście lat i wie co to jest miłość.”
18 sierpnia 2007 - Życie w przyspieszonym tempie
Tłumiony szloch w ramionach Pokemona.
Rozmazany tusz na szyi Ćpunka.
Obiecana knajpa i karty.
Uśmiech rzucony do Człowieka Lasu.
Okrzyk Ćpuna: „Smolarek spotkamy się jak przyjedziesz!”
Szybkie pranie. Pakowanie.
I kolejne czternaście godzin w aucie.
Przeciwieństwo pożegnania.
Dwa tygodnie i powtórka.
Pakowanie i pośpiech.
Polskie ‘Do widzenia’ brzmiące :’Do widżemia’
Spoglądanie przez okno.
Korek. Półtorej godziny stracone.
Zjeżdżamy na boczne drogi.
Ostrzelane wille i domy – pozostałości wojny.
Stacja benzynowa i postój.
Wyrzucam reklamówkę z papierkami i innymi śmieciami.
Dowiaduję się, że w reklamówce były także łyżki, ciastka, lizaki, cukierki i kufa od Taty.
I że mam IQ równe minus sto siedemdziesiąt.
Piętnasta godzina jazdy.
Otwieram oczy i spoglądam w lewo.
Weronika ubrana w moją bluzę śpi na mojej poduszce.
Przekraczamy kolejną granicę.
Jest kilka minut po północy.
Nieoświetlone drogi. Nikłe światło gwiazd.
Wreszcie znajome kontury budynków.
Ciche powitanie czekających dziadków i brata.
Szybkie rozpakowywanie o pierwszej w nocy.
Ostatnia myśl zza wpółprzymkniętych oczu w łóżku:
„Wreszcie na starych śmieciach mogę zwolnić…”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz