28 marca
2008 Grucha i pietrucha.
Powiedzmy
szczerze. Tak zdaję sobie sprawę, że niektórych zniechęciłam długim tekstem.
Rzućmy prosto z mostu co poniektórych zanudziłam po pierwszych dwóch akapitach.
Dodajmy wprost na pocieszenie dla większości, że nie często tak się będzie
zdarzać. Generalizując moje zastrzeżenia, cieszę się,że wszyscy zobaczyli
przynajmniej zdjęcie. I grunt, że się podobało. :)
Tak z
czystej ciekawości zapytam czy wiedzieliście, że dinozaury to grupa lądowych
gadów, powstała około 230 milionów lat temu, a wymarła w skutek uderzenia w
Ziemię statku kosmitów przed 65 milionami lat? Osobiście dowiedziałam się o tym
wczoraj, kiedy robiłam o nich prezentację multimedialną. W ogóle ten tydzień
obfituje w zaskakujące informacje. Wręcz szokiem dla mnie było, że czerwona i
niebieska linia, te przy skokach na skoczni, tam te na dole, nie są naprawdę
namalowane. Mama przypadkowo mi uświadomiła, mówiąc że one są tylko w
telewizorze. A ja się zawsze dziwiłam, że są takie wyraźne i takie odblaskowe…
Atak z gwoli
ścisłości i wyjaśnienia to czeka mnie tydzień śmierci. Na rozgrzewkę sprawdzian
z historii z początków średniowiecza,
potem z Piastów, z Makbeta, z Hamleta, z słownictwa z ekologii z angielskiego.
Kartkówka z fizyki, na pamięć wiersz Kochanowskiego i szanowny życiorys tego
poety, słownictwo z niemieckiego, gazetka jako praca społeczna. Długo by
wymieniać, a przecież dochodzą do tego także zwyczajne lekcje i wymagania
nauczycieli do odpowiedzi ustnej i przygotowań do lekcji. Do tego dochodzi
jutrzejszy dzień otwarty w szkole i obecność, niby nieobowiązkowa, ale każdy
wie jak to jest.
Pojawię się
to pojawię. Jak nie to nie.
_______________________________________________________
02.04.2008
Maturalne
Ciacho? Ja? Rozmowa.? A jednak.
Gadałam z
Maturalnym Ciachem.
I to nie
jeden raz.
„They call me crazy
uuuuuuuuuuuu”
(Crazy Loop
„Crazy Loop”)
26 marca
2008 Sześćset metrów w głąb ziemi
Węgiel
kamienny to jeden z węgli kopalnych zawierający 78-92% pierwiastka węgla (do
węgla kamiennego zalicza się tez antracyt zawierający do 97% węgla). Skała
osadowa pochodzenia roślinnego. Barwa czarna. Zwarty, kruchy. Przy spalaniu
daje długi, błyszczący płomień. Węgiel kamienny należy do węgli humusowych,
niejednorodnych w swej strukturze, stanowiących mieszaninę kilku odmian
petrograficznych (różniących się twardością i połyskiem), tworzących pojedyncze
pasma. Oto kolejna długa i nudna definicja zawierająca minimum najważniejszych
informacji z ciężkimi,przeważnie z problemem wypowiadanymi słowami do
zapamiętania. Oczy same zamykają się w połowie czytania. O ileż ciekawsze by
było, gdyby zamiast niezrozumiałego dla zwykłych ludzi terminu, opowiedzieć czym
jest węgiel kamienny dla górników. Pokazać jaki wartościowy jest dla ludzi
mieszkających przy kopalniach. Nie da się tego ująć w kilku słowach, przez całe
życie obserwujemy jego wielkie znaczenie i wpływ na świat. Także na moją małą
ojczyznę – Śląsk.
Na
Górnym Śląsku już od średniowiecza istniały kopalnie, w których Ślązacy uczyli
się dyscypliny pracy. Powstawały one jak grzyby po deszczu, ściągając ludzi z
przeróżnych zakątków Europy. Wokół powstawały domy, ogródki i wielkie osiedla.
Przez ponad sto lat Ślązacy wyćwiczyli się w dobrej robocie. Następnie obyczaj
dobrej pracy z kopalń przenosili na życie codzienne. Rodzice, życząc przecież
dzieciom sukcesów, uczyli je dobrej roboty, egzekwując tę naukę podczas prac
domowych.Synowie uczyli się roboty od ojca, córki – od matki. I tak tradycja
idzie od dziada pradziada.
Moja rodzina szczególnie jest powiązana z
węglem. Ojciec, dziadek, brat, wujek, kuzyn, a nawet ciotka pracują obecnie na
kopalni. Powiązania z kopalnią sięgają bardzo głęboko korzeni naszej rodziny ze
strony ojca, ale także ze strony matki. Przez całe życie słyszałam mnóstwo
opowieści jak to jest „na dole”. Z zapartym tchem słuchałam historii z ust
dziadka, gdy byłam mała. A niedawno wreszcie miałam okazję i mogłam się
przekonać sama na własnej skórze jak to jest. Całe moje wyobrażenie o świecie
podziemnym i wydobywaniu węgla diametralnie się zmieniło.
„Wielu uważa, że górnictwo to coś
przypadkowego, nieczysta robota i w ogóle praca należąca do gatunku tych, które
wymagają raczej wysiłku fizycznego aniżeli umiejętności.” Pisał Georgius
Agricola we wstępie do „De re Metallica Libri XII”, nazywanej także „Biblią
górników”. Dopiero po zjeździe na sześćset metrów w głąb ziemi przekonałam się
jak dużo prawdy zawiera to zdanie. „Górnik bowiem musi sztukę swą znać
doskonale,by od razu wiedział, na której górze, którym wzniesieniu lub w której
dolinie ub na której równinie kopać było by lepiej, lub czy zrezygnować raczej
z kopania” Jeżeli przecież zaryzykuje,
może narazić nie tylko swoje życie,ale także innych pracowników, którzy
nierzadko są jego przyjaciółmi. Charakter pracy w warunkach stałego zagrożenia
zmusza do ścisłej współpracy gwarantującej sukces i bezpieczeństwo prowadzonych
robót.
Nasza grupa liczyła dwadzieścia pięć osób
prowadzona przez pięciu doświadczonych górników. Bez przerwy nam przypominano,
żebyśmy trzymali się razem, nie oddalali się, bo w przeciwieństwie do dużego
zwiedzanego miasta – tutaj nie można nikogo się spytać o drogę, jeżeli się
zabłądzi. Jeden zły zakręt może doprowadzić do śmierci. Szłam z ciężkim aparatem ucieczkowym na
jednym ramieniu i z kilofkiem, który pomagał w niepewnym gruncie. Mimo że
słyszałam ostrzeżenia mojego ojca, który także był jednym z opiekunów, hełmem
raz po raz uderzałam o strop. Zawinięta w onuce noga jedna i druga ślizgała mi
się w gumiakach. W głowie kołatały mi myśli. Kierownik wycieczki mówił, że to
jest najłatwiejszy i najbezpieczniejszy poziom. A przecież po piętnastu
minutach wielu ludzi było czerwonych, a wręcz purpurowych, po twarzy spływał im
pot. Ja – aktywnie uprawiająca sport – czułam przyspieszone bicie własnego
serca i ból pulsujący w skroniach. Przeraziłam się, bo przecież jeżeli to był
najłatwiejszy poziom, to jak jest na niższych poziomach? Z współczuciem
patrzałam na mijanych górników, którzy na swojej zmianie wydobywali węgiel.
Jeden z nich do mnie podszedł i spytał czy chciałabym spróbować. Kilofem
zapożyczonym od innego wykopałam mały kawałek czarnego i pozostawiającego na
dłoniach ślady swojej obecności w postaci drobnego pyłu węgla. Przyjrzałam się
mu dokładnie i się troszeczkę rozczarowałam, myślałam, że a nuż znajdę tam ślad
paproci lub innej rośliny,niestety nic oprócz rys i zadrapań, które pozostawił
kilof tam nie było. Chciałam oddać, ale kazali zatrzymać – na pamiątkę.
Postawiłam moją zdobycz na półce na
biurku.Codziennie rano spoglądając na ten mały kawałek, przypomina mi się moja
przygoda. To z jakim trudem kopałam i tą satysfakcję, że mi się udało. Nieraz się
zastanawiałam jak by było na niższych poziomach. Tam, gdzie jest
cieplej,ciaśniej, ciemniej i przede wszystkim, gdzie łatwiej jest poczuć
podmuch śmierci na plecach. Ze strachem porównywałam nasz „spacerek” z ciężką
pracą,która niszczy zdrowie i zagraża życiu w stopniu większym niż inne
zajęcia. A przecież zarówno przed stuleciami, jak i współcześnie eksploatacja
górnicza jest jednym z podstawowych źródeł surowców umożliwiających
funkcjonowanie większości dziedzin światowej produkcji i przemysłu. Bez surowców
energetycznych,metalicznych, chemicznych i skalnych nie mogłaby istnieć
współczesna cywilizacja.
Mroczny i niebezpieczny świat podziemnych
wyrobisk nieustannie kształtuje osobowość i charakter ludzi pracujących w
górnictwie,ucząc ich szacunku dla sił przyrody i wykonywanego zawodu oraz
rozwijając świadomość poczucia wzajemnej zależności i solidarności zawodowej.
Dlatego powinniśmy o tym pamiętać, przecież każdego dnia tysiące górników, nie
tylko na Śląsku i w Polsce, ale na całym świecie, ryzykuje życiem dla nas,
byśmy mogli wieczorem zapalić lampkę, aby przeczytać książkę czy włączyć
ogrzewanie w zimny dzień. Ten mały kawałek czarnego węgla na moim biurku będzie
mi zawsze przypominał nie tylko o
ciężkiej i niebezpiecznej pracy tradycji, ale także o tradycji i poświęceniu.
Jest moim małym bezcennym skarbem, bo przecież wydobyłam go własnymi rękoma na
poziomie sześciuset czterech metrów głębokości.
Ja i mój
Tatuś
__________________________________________________________________________
Pozbawiając
złudzeń: to jest moja praca z geografii, która startuje w konkursie.
Nie
napisałam jej tak sama z siebie, bo mi się zachciało. ^^
Konkurs nosi
szlachetną nazwę: „Skarb Ziemi”
A, no i
praca jest przeplatana zdjęciami.
Ale tylko
jedno dołączyłam.
23 marca
2008 Siła głosu rodzicowego
Przechodząc
początki dojrzewania przytyłam ponad dwadzieścia kilogramów. W piątej klasie
podstawówki ważyłam trzydzieści sześć kilogramów, w pierwszej gimnazjum już
pięćdziesiąt. Od trzeciej klasy gimnazjum moja waga stanęła na około
pięćdziesięciu pięciu kilogramach. Dla moich rodziców był to szok. Ich niejadek
ni stąd ni zowąd przytył, a przecież jak zwykle nic nie jadł. Najbardziej
przeżył to Ojciec. Całą garderobę trzeba było mi zmienić. Zaczął mi to
wypominać. I mimochodem wspominać, że Mama w moim wieku ważyła niecałe
pięćdziesiąt kilo, że w pasie miała o dobre dziesięć centymetrów mniej, że
nosiła rozmiar trzydzieści cztery (była baletnicą..). W głowie wykształciło mi
się, że jestem gruba. Pod presją Taty zaczęłam się odchudzać w drugiej
gimnazjum – codziennie „jechałam” na dwóch kromkach z masłem, a od czasu do
czasu z serem lub dżemem. Jak na złość zamiast schudnąć jeszcze przytyłam dwa
kilo. Bałam się jeździć z rodzicami na zakupy i prosić o rozmiar trzydzieści sześć,
przecież powinnam tak jak mama w moim wieku nosić trzydzieści cztery. Utrwaliło
się to w mojej psychice. Dopiero teraz rodzice starają się cofać swoje słowa,
gdy widzą jak stoję w przebieralni i z rozpaczą patrzę na swoje odbicie.
Rodzice
czasami nie zdają sobie sprawy jaki mają u dziecka autorytet. Zwykłym błahym
słowem potrafią zburzyć świat. Słowo rzucone w przypływie złości przez moją
Mamę,zrujnowało kiedyś moją samoocenę. Wtedy byłam zbyt mała by sobie
uświadomić, że tak naprawdę nie myślała o tym serio, z całą mocą dotarło do
mojego umysłu i zadomowiło się na dobre parę lat.
Może czasami
warto ugryźć się w język, zamiast skrytykować dziecko.
17 marca
2008 A pamiętasz, gdy biegliśmy….
Pamiętam
imię pierwsze, drugie, a nawet trzecie. Pamiętam początki numerów komórkowych,
ba jeden znam nawet na pamięć. Adres, datę urodzenia, a nawet imiona rodziców.
Pamiętam, kiedy i gdzie wychodziliśmy. Potrafię w myślach odtworzyć prawie
wszystkie rozmowy, nieważne czy toczyły się na gadu-gadu, smsami czy normalne.
Pamiętam śmiech, głos, kolor oczu. Pamiętam sposób chodzenia, a nawet sposób w
jaki kopali i odbijali piłkę. Ulubioną muzykę, zespół, a nawet konkretne
piosenki. Pamiętam kolor kurtki, krój bluzy. Pamiętam, ile kieszeni miały
poszczególne spodnie i co się znajdowało w konkretnych kieszeniach. Pamiętam
sposób odblokowania ich komórek. Jakie sporty lubili, a jakich nie trawili.
Pamiętam co i gdzie leżało w portfelu. Jak wyglądali na zdjęciach dowodowych i
legitymacyjnych. Pamiętam wygłupy i ubrania, w których lubili mnie widzieć.
Sposób w jaki patrzeli w moje oczy. To, jak wymawiali moje imię. Pamiętam dotyk
nieumyślny i ten nieprzypadkowy.
Pamiętam…
Chociaż już nie chcę. To jak łatwo wkupują się w moją pamięć, zadziwia mnie
coraz bardziej. Wystarczy miesiąc znajomości, a ja oglądając film, przypominam
sobie mimochodem, że akurat jeden z nich miał podobne skarpetki.
Nie potrafię
wymazać pamięci. A spoglądając w gwiazdy codziennie wieczorem, pamiętam, że On
uwielbiał ze mną patrzeć w niebo. Pamięć o znajomości, która przekształcała się
z przyjaźni na coraz wyższe szczeble i trwała przez całe moje
szesnastoipółletnie życie, nie pryśnie jak bańka w jednym momencie.
„O udupienie
totalne..
Ile cię
trzeba dotknąć razy, żeby się człowiek poparzył?
No, ale tak
żeby już ani razu.
Żeby już
więcej za nic
Żeby już
więcej nie miał odwagi.
No ile
razy?!”
Happysad
„Długa droga w dół”
14 marca
2008 „Tylko nie mów mi, że chcieć to
móc.”*
Ptysie leżą
dalej na stole. Wymyślny wzór, w który zostały ułożone, zostaje zepsuty dopiero
przez Weronikę, która cichaczem wzięła jednego. Pochłaniała go szybko, ledwo
przełykając. Bała się, że dostanie ochrzan, bo w końcu to miały być zwycięskie
ptysie. Jedyne czym się zdradziła,to bita śmietana za uchem.
Zaryzykowałam
i chyba po raz pierwszy od wielu miesięcy mi nie wyszło. Tekst młodzieżowy, a
średnia wiekowa jury to ponad sześćdziesiąt lat. Przy pierwszym etapie
najstarsza osoba miała na oko trzydzieści osiem. A teraz porażka. To boli.
Bardzo.
Padał deszcz.
Cała zmoknięta weszłam do klatki. Czekałam dziesięć minut pod drzwiami.
Najzwyczajniej bałam się wejść. Wiedziałam, że jeżeli powiem to na głos, to już
nie będzie tylko w mojej głowie, ale w całym mieszkaniu i przede wszystkim
zacznie się pocieszanie, którego szczerze nienawidzę. Te wszystkie dobre słówka
i gesty osiągają odwrotny skutek, a na dodatek wywołują wściekłość.
„Nieważne.”Zostawiłam osłupiałych rodziców w
przedpokoju. Oni nie potrafią się pogodzić z myślą, że ja mogę tak po prostu odpuścić.
Bo przecież ja nigdy nie odpuszczam.Zawsze walczę do samego końca. To mnie się
pokazuje jako przykład i wzór. A teraz tak po prostu wyciągnęłam kołdrę i
schowałam się pod nią bez życia?
„To
wszystko, czego chcę. To wszystko, czego mi brak.
To wszystko
czego, ja nigdy nie będę miał.
Otwórz oczy,
zobacz sam. Przed nami mgła.
Zamykam
oczy. Nie chcę widzieć. Nie chcę czuć.
To koniec
już.”
[Myslovitz
„Dla Ciebie”]
10 marca
2008 Oł łał.
Jak
śmiesznie w ustach dorosłego brzmi slang młodzieżowy. A słowa typu: „Nara” czy
„Siemka” wypowiedziane w dodatku przez rodzica, to jazda na całego.
Szczególnie, gdy taka osoba nie potrafi poprawnie tego wymówić i tak jak mój
Tatuś krzyczy na pożegnanie do telefonu: „Narkiua”, co pisząc pokemoniastym
pismem byłoby bodajże NarQa, tyle że wymawia się to z troszeczkę innym
akcentem., co ciężko jest wytłumaczyć dorosłym.
Zastanawiam
się co oni chcą poprzez to pokazać? Nauczyciele,prezenterzy, policjanci czy
nawet choćby ksiądz, który prowadzić dzisiaj moje rekolekcje chciał „zapodawać
piosenki scholi” zamiast po prostu zaśpiewać piosenki.
Używając
tych słów, dorośli chyba myślą, że są cool i super,ale zwykle ich hasła
wywołują śmiech na sali, który zostaje przez nich odebrany przeważnie jako aprobatę.
Prosty przykład: Fizyk w szkole prowadzi inteligentną rozmowę (jeżeli takową z
nami można nazwać), nagle wyparowywując:
„A wy jakiej muzy słuchacie? Bo fizyka jest jak muzyka!” Oczywiście
wszyscy w ryk, a fizyk też uchachany. No, błagam.
Hormony
robią swoje, ale czasem ręce się załamują nad dorosłymi. Szczególnie, gdy mój
Tatuś stara się jeszcze bardziej zintegrować ze mną i skacząc po internetowych
słownikach, uczy się nowych słówek. A moja szczena ze zdziwienia opada pod
bramy samych piekieł, gdy słyszę każde Jego nowe wyrażenie, choćby ostatnio
mało nie spadłam z krzesła ze śmiechu, gdy powiedział do telefonu: „Spoko
banan.”
Kochani
dorośli. Tak, ja też Was kocham.
Szczególnie,
gdy mówicie:„Helooł?” ^^
7 marca 2008 A takie tam.
Chyba na przekór
Tacie jestem dalej zdrowa. Ale On jakoś w to nie potrafi uwierzyć i na każde
psiknięcię i odkaszlnięcie patrzy podejrzliwym wzrokiem i kręci z zadowoleniem
głową tak jakby mówił: „A nie mówiłem.” On tylko czeka aż będzie mógł
powiedzieć mi te słowa.
W wtorek Mój
Żołnierz wracał do Trzebiatowa, a że szkołę mam zaraz koło Dworca PKP, a On z
niego odjeżdżał to miałam te (nie)szczęście Go odprowadzić. Już wiem, po kim odziedziczyłam talent do
robienia sobie obciachu ^^.
Ach!
Pochwalę się: przeszłam na etap rejonowy w Ogólnopolskim Konkursie
Recytatorskim. Z radości wpierniczyłam całe największe opakowanie Lentilków. Aż
boję się co będzie jak przejdę jeszcze dalej,normalnie chyba zjem pół beczki
czekolady.
Uwaga! A
teraz konkursiwo!* A mianowicie niczym na wszystkich słiiiIITaAacH KonQjuRsIK,
za który jest of koors nagroda**: Kto jest na tym zdjęciu?***
* Tak,
owszem nudzi mi się.
** Tak,
wiem. Słoneczko stanowczo za mocno mi przygrzało. x)
** Osoby:
T,KJMD ; Blueee ; Bzikus_totalus ; Cruora oraz Tala mają zakaz odpowiadania.
One wiedzą. Ewentualnie odpowiedź niech znajdzie się w takowych ptaszkach <
> wtedy dla innych jest niewidoczna =P
____________________________________________________________
dopisek 8 marca
2008
Nie da się
Was oszukać. Tak, tak, tak to ja i Mój Braciszek. Wtedy kolejno lat cztery i
lat osiem. Wygląda na przestraszonego, bo parę minut przed zrobieniem zdjęcia
wrzuciłam Mu za koszulkę cały pokarm dla ptaszków. Za to przeskoczmy na wyższy poziom
w konkusiwie:
1 marca 2008 Wa-ria-tka!
Nie
przejmowałam się tym okrzykiem, biegłam pod górkę tak szybko jak się dało w
szpilkach w lesie.„Moooorzeeeeee!!!!”
darłam się jak głupia, gdy tylko dobiegłam do szczytu i zobaczyłam tę piękną
niebieską toń. Po nieprzespanej nocy spędzonej w aucie, nowa energia we mnie
wstąpiła i puściłam się sprintem. Obcasy zagłębiały się w piasku, a wiatr
rzucał ziarenka prosto w moje oczy. Raz
po raz skacząc na jednej nodze, ale nie przerywając biegu, zdejmowałam prawy,
potem lewy bucik. Boso dobiegłam do morza.
Fale
uderzały raz po raz, a ja niczym dziecko przed nimi uciekałam. W szumie wiatru
usłyszałam krzyki rodziców. Nie przejmując się nimi, dalej droczyłam się z
Bałtykiem. W końcu jednak się obróciłam i w tym momencie zagapiłam się i fala z
wielkim uśmiechem mnie zalała.
Niezbyt
przejęłam się reprymendą tata, który po wygłoszeniu kazania, chodził po plaży,
mrucząc pod nosem teksty w stylu Co Ona Sobie Wyobraża To Niesłychane i Jak
Będzie Chora To Zastrzyki Od Razu Dostanie i raz po raz wykrzykując do mnie:
Wariatka! Czyś zgłupiała do końca? Gdzie twoja piąta klepka? Zachowujesz się
jak prawdziwa blondynka! Wariatka! Wa-ria-tka! Kończył dobitnie każdą swoją
kwestię.
Ja to wiem.
Wiem, że jestem pokręcona i zakręcona.
Każdy na każdym kroku dobitnie mi to uświadamia, więc jak o tym mam nie
wiedzieć?
Pisząc
palcem po mokrym piasku, śpiewałam „Przyjedź siora na przysięęęgęęęę!” Udałam,
że nie widzę Niemców z oczami jak spodki, gdy się we mnie wpatrywali i tej ich
kamery wycelowanej we mnie. A nuż może będę w tej całej germańskiej telewizji.
Mój
Braciszek wyjątkowo przystojnie wyglądał w mundurze,chociaż przystojny to On
nie jest. Przysięga była nudna jak flaki z olejem. Ale żołnierze sami w sobie..
nie narzekam ^^ Miło siedzi się w towarzystwie takowych panów z prawdziwą
bronią w maszynie, która łudząco przypominała czołg, ale która czołgiem nie
była, co mi dokładnie tłumaczono.
„JUSIUUU!” z
okrzykiem rzuciłam się na Brata, gdy podszedł.Inni żołnierze się zaśmiali.
„Twoja dziewczyna?” jeden czepliwie się spytał.„Siora.” odparł chłodno, mierząc
go wzdłuż i wszerz. „Idziemy” skierował do mnie i pociągnął za kapucę. „Pa!”
ledwie zdążyłam zawołać i rzucić uśmiechem, a już znalazłam poza obszarem
jednostki.
Po tych
kilku godzinach snu w aucie teraz obija mi zupełnie. Jestem po prostu
nie-do-odkręcenia.
Ps. Zdjęcia
z Bałtyku można sobie zobaczyć w albumie :) Zapraszam ^^
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz