sobota, 13 lipca 2013

Ten z marcem 2008





28 marca 2008   Grucha i pietrucha.
Powiedzmy szczerze. Tak zdaję sobie sprawę, że niektórych zniechęciłam długim tekstem. Rzućmy prosto z mostu co poniektórych zanudziłam po pierwszych dwóch akapitach. Dodajmy wprost na pocieszenie dla większości, że nie często tak się będzie zdarzać. Generalizując moje zastrzeżenia, cieszę się,że wszyscy zobaczyli przynajmniej zdjęcie. I grunt, że się podobało. :)

Tak z czystej ciekawości zapytam czy wiedzieliście, że dinozaury to grupa lądowych gadów, powstała około 230 milionów lat temu, a wymarła w skutek uderzenia w Ziemię statku kosmitów przed 65 milionami lat? Osobiście dowiedziałam się o tym wczoraj, kiedy robiłam o nich prezentację multimedialną. W ogóle ten tydzień obfituje w zaskakujące informacje. Wręcz szokiem dla mnie było, że czerwona i niebieska linia, te przy skokach na skoczni, tam te na dole, nie są naprawdę namalowane. Mama przypadkowo mi uświadomiła, mówiąc że one są tylko w telewizorze. A ja się zawsze dziwiłam, że są takie wyraźne i takie odblaskowe…

Atak z gwoli ścisłości i wyjaśnienia to czeka mnie tydzień śmierci. Na rozgrzewkę sprawdzian z historii  z początków średniowiecza, potem z Piastów, z Makbeta, z Hamleta, z słownictwa z ekologii z angielskiego. Kartkówka z fizyki, na pamięć wiersz Kochanowskiego i szanowny życiorys tego poety, słownictwo z niemieckiego, gazetka jako praca społeczna. Długo by wymieniać, a przecież dochodzą do tego także zwyczajne lekcje i wymagania nauczycieli do odpowiedzi ustnej i przygotowań do lekcji. Do tego dochodzi jutrzejszy dzień otwarty w szkole i obecność, niby nieobowiązkowa, ale każdy wie jak to jest.
Pojawię się to pojawię. Jak nie to nie.

_______________________________________________________
02.04.2008

Maturalne Ciacho? Ja? Rozmowa.? A jednak.
Gadałam z Maturalnym Ciachem.
I to nie jeden raz.

„They call me crazy
uuuuuuuuuuuu”
(Crazy Loop „Crazy Loop”)

26 marca 2008   Sześćset metrów w głąb ziemi

Węgiel kamienny to jeden z węgli kopalnych zawierający 78-92% pierwiastka węgla (do węgla kamiennego zalicza się tez antracyt zawierający do 97% węgla). Skała osadowa pochodzenia roślinnego. Barwa czarna. Zwarty, kruchy. Przy spalaniu daje długi, błyszczący płomień. Węgiel kamienny należy do węgli humusowych, niejednorodnych w swej strukturze, stanowiących mieszaninę kilku odmian petrograficznych (różniących się twardością i połyskiem), tworzących pojedyncze pasma. Oto kolejna długa i nudna definicja zawierająca minimum najważniejszych informacji z ciężkimi,przeważnie z problemem wypowiadanymi słowami do zapamiętania. Oczy same zamykają się w połowie czytania. O ileż ciekawsze by było, gdyby zamiast niezrozumiałego dla zwykłych ludzi terminu, opowiedzieć czym jest węgiel kamienny dla górników. Pokazać jaki wartościowy jest dla ludzi mieszkających przy kopalniach. Nie da się tego ująć w kilku słowach, przez całe życie obserwujemy jego wielkie znaczenie i wpływ na świat. Także na moją małą ojczyznę – Śląsk.
    Na Górnym Śląsku już od średniowiecza istniały kopalnie, w których Ślązacy uczyli się dyscypliny pracy. Powstawały one jak grzyby po deszczu, ściągając ludzi z przeróżnych zakątków Europy. Wokół powstawały domy, ogródki i wielkie osiedla. Przez ponad sto lat Ślązacy wyćwiczyli się w dobrej robocie. Następnie obyczaj dobrej pracy z kopalń przenosili na życie codzienne. Rodzice, życząc przecież dzieciom sukcesów, uczyli je dobrej roboty, egzekwując tę naukę podczas prac domowych.Synowie uczyli się roboty od ojca, córki – od matki. I tak tradycja idzie od dziada pradziada.
    Moja rodzina szczególnie jest powiązana z węglem. Ojciec, dziadek, brat, wujek, kuzyn, a nawet ciotka pracują obecnie na kopalni. Powiązania z kopalnią sięgają bardzo głęboko korzeni naszej rodziny ze strony ojca, ale także ze strony matki. Przez całe życie słyszałam mnóstwo opowieści jak to jest „na dole”. Z zapartym tchem słuchałam historii z ust dziadka, gdy byłam mała. A niedawno wreszcie miałam okazję i mogłam się przekonać sama na własnej skórze jak to jest. Całe moje wyobrażenie o świecie podziemnym i wydobywaniu węgla diametralnie się zmieniło.
    „Wielu uważa, że górnictwo to coś przypadkowego, nieczysta robota i w ogóle praca należąca do gatunku tych, które wymagają raczej wysiłku fizycznego aniżeli umiejętności.” Pisał Georgius Agricola we wstępie do „De re Metallica Libri XII”, nazywanej także „Biblią górników”. Dopiero po zjeździe na sześćset metrów w głąb ziemi przekonałam się jak dużo prawdy zawiera to zdanie. „Górnik bowiem musi sztukę swą znać doskonale,by od razu wiedział, na której górze, którym wzniesieniu lub w której dolinie ub na której równinie kopać było by lepiej, lub czy zrezygnować raczej z kopania”  Jeżeli przecież zaryzykuje, może narazić nie tylko swoje życie,ale także innych pracowników, którzy nierzadko są jego przyjaciółmi. Charakter pracy w warunkach stałego zagrożenia zmusza do ścisłej współpracy gwarantującej sukces i bezpieczeństwo prowadzonych robót.
    Nasza grupa liczyła dwadzieścia pięć osób prowadzona przez pięciu doświadczonych górników. Bez przerwy nam przypominano, żebyśmy trzymali się razem, nie oddalali się, bo w przeciwieństwie do dużego zwiedzanego miasta – tutaj nie można nikogo się spytać o drogę, jeżeli się zabłądzi. Jeden zły zakręt może doprowadzić do śmierci.  Szłam z ciężkim aparatem ucieczkowym na jednym ramieniu i z kilofkiem, który pomagał w niepewnym gruncie. Mimo że słyszałam ostrzeżenia mojego ojca, który także był jednym z opiekunów, hełmem raz po raz uderzałam o strop. Zawinięta w onuce noga jedna i druga ślizgała mi się w gumiakach. W głowie kołatały mi myśli. Kierownik wycieczki mówił, że to jest najłatwiejszy i najbezpieczniejszy poziom. A przecież po piętnastu minutach wielu ludzi było czerwonych, a wręcz purpurowych, po twarzy spływał im pot. Ja – aktywnie uprawiająca sport – czułam przyspieszone bicie własnego serca i ból pulsujący w skroniach. Przeraziłam się, bo przecież jeżeli to był najłatwiejszy poziom, to jak jest na niższych poziomach? Z współczuciem patrzałam na mijanych górników, którzy na swojej zmianie wydobywali węgiel. Jeden z nich do mnie podszedł i spytał czy chciałabym spróbować. Kilofem zapożyczonym od innego wykopałam mały kawałek czarnego i pozostawiającego na dłoniach ślady swojej obecności w postaci drobnego pyłu węgla. Przyjrzałam się mu dokładnie i się troszeczkę rozczarowałam, myślałam, że a nuż znajdę tam ślad paproci lub innej rośliny,niestety nic oprócz rys i zadrapań, które pozostawił kilof tam nie było. Chciałam oddać, ale kazali zatrzymać – na pamiątkę.
    Postawiłam moją zdobycz na półce na biurku.Codziennie rano spoglądając na ten mały kawałek, przypomina mi się moja przygoda. To z jakim trudem kopałam i tą satysfakcję, że mi się udało. Nieraz się zastanawiałam jak by było na niższych poziomach. Tam, gdzie jest cieplej,ciaśniej, ciemniej i przede wszystkim, gdzie łatwiej jest poczuć podmuch śmierci na plecach. Ze strachem porównywałam nasz „spacerek” z ciężką pracą,która niszczy zdrowie i zagraża życiu w stopniu większym niż inne zajęcia. A przecież zarówno przed stuleciami, jak i współcześnie eksploatacja górnicza jest jednym z podstawowych źródeł surowców umożliwiających funkcjonowanie większości dziedzin światowej produkcji i przemysłu. Bez surowców energetycznych,metalicznych, chemicznych i skalnych nie mogłaby istnieć współczesna cywilizacja.
    Mroczny i niebezpieczny świat podziemnych wyrobisk nieustannie kształtuje osobowość i charakter ludzi pracujących w górnictwie,ucząc ich szacunku dla sił przyrody i wykonywanego zawodu oraz rozwijając świadomość poczucia wzajemnej zależności i solidarności zawodowej. Dlatego powinniśmy o tym pamiętać, przecież każdego dnia tysiące górników, nie tylko na Śląsku i w Polsce, ale na całym świecie, ryzykuje życiem dla nas, byśmy mogli wieczorem zapalić lampkę, aby przeczytać książkę czy włączyć ogrzewanie w zimny dzień. Ten mały kawałek czarnego węgla na moim biurku będzie mi zawsze  przypominał nie tylko o ciężkiej i niebezpiecznej pracy tradycji, ale także o tradycji i poświęceniu. Jest moim małym bezcennym skarbem, bo przecież wydobyłam go własnymi rękoma na poziomie sześciuset czterech metrów głębokości.


Ja i mój Tatuś

__________________________________________________________________________

Pozbawiając złudzeń: to jest moja praca z geografii, która startuje w konkursie.
Nie napisałam jej tak sama z siebie, bo mi się zachciało. ^^
Konkurs nosi szlachetną nazwę:  „Skarb Ziemi”
A, no i praca jest przeplatana zdjęciami.
Ale tylko jedno dołączyłam.
23 marca 2008   Siła głosu rodzicowego

Przechodząc początki dojrzewania przytyłam ponad dwadzieścia kilogramów. W piątej klasie podstawówki ważyłam trzydzieści sześć kilogramów, w pierwszej gimnazjum już pięćdziesiąt. Od trzeciej klasy gimnazjum moja waga stanęła na około pięćdziesięciu pięciu kilogramach. Dla moich rodziców był to szok. Ich niejadek ni stąd ni zowąd przytył, a przecież jak zwykle nic nie jadł. Najbardziej przeżył to Ojciec. Całą garderobę trzeba było mi zmienić. Zaczął mi to wypominać. I mimochodem wspominać, że Mama w moim wieku ważyła niecałe pięćdziesiąt kilo, że w pasie miała o dobre dziesięć centymetrów mniej, że nosiła rozmiar trzydzieści cztery (była baletnicą..). W głowie wykształciło mi się, że jestem gruba. Pod presją Taty zaczęłam się odchudzać w drugiej gimnazjum – codziennie „jechałam” na dwóch kromkach z masłem, a od czasu do czasu z serem lub dżemem. Jak na złość zamiast schudnąć jeszcze przytyłam dwa kilo. Bałam się jeździć z rodzicami na zakupy i prosić o rozmiar trzydzieści sześć, przecież powinnam tak jak mama w moim wieku nosić trzydzieści cztery. Utrwaliło się to w mojej psychice. Dopiero teraz rodzice starają się cofać swoje słowa, gdy widzą jak stoję w przebieralni i z rozpaczą patrzę na swoje odbicie.



Rodzice czasami nie zdają sobie sprawy jaki mają u dziecka autorytet. Zwykłym błahym słowem potrafią zburzyć świat. Słowo rzucone w przypływie złości przez moją Mamę,zrujnowało kiedyś moją samoocenę. Wtedy byłam zbyt mała by sobie uświadomić, że tak naprawdę nie myślała o tym serio, z całą mocą dotarło do mojego umysłu i zadomowiło się na dobre parę lat.



Może czasami warto ugryźć się w język, zamiast skrytykować dziecko.
17 marca 2008   A pamiętasz, gdy biegliśmy….

Pamiętam imię pierwsze, drugie, a nawet trzecie. Pamiętam początki numerów komórkowych, ba jeden znam nawet na pamięć. Adres, datę urodzenia, a nawet imiona rodziców. Pamiętam, kiedy i gdzie wychodziliśmy. Potrafię w myślach odtworzyć prawie wszystkie rozmowy, nieważne czy toczyły się na gadu-gadu, smsami czy normalne. Pamiętam śmiech, głos, kolor oczu. Pamiętam sposób chodzenia, a nawet sposób w jaki kopali i odbijali piłkę. Ulubioną muzykę, zespół, a nawet konkretne piosenki. Pamiętam kolor kurtki, krój bluzy. Pamiętam, ile kieszeni miały poszczególne spodnie i co się znajdowało w konkretnych kieszeniach. Pamiętam sposób odblokowania ich komórek. Jakie sporty lubili, a jakich nie trawili. Pamiętam co i gdzie leżało w portfelu. Jak wyglądali na zdjęciach dowodowych i legitymacyjnych. Pamiętam wygłupy i ubrania, w których lubili mnie widzieć. Sposób w jaki patrzeli w moje oczy. To, jak wymawiali moje imię. Pamiętam dotyk nieumyślny i ten nieprzypadkowy.



Pamiętam… Chociaż już nie chcę. To jak łatwo wkupują się w moją pamięć, zadziwia mnie coraz bardziej. Wystarczy miesiąc znajomości, a ja oglądając film, przypominam sobie mimochodem, że akurat jeden z nich miał podobne skarpetki.



Nie potrafię wymazać pamięci. A spoglądając w gwiazdy codziennie wieczorem, pamiętam, że On uwielbiał ze mną patrzeć w niebo. Pamięć o znajomości, która przekształcała się z przyjaźni na coraz wyższe szczeble i trwała przez całe moje szesnastoipółletnie życie, nie pryśnie jak bańka w jednym momencie.



„O udupienie totalne..

Ile cię trzeba dotknąć razy, żeby się człowiek poparzył?

No, ale tak żeby już ani razu.

Żeby już więcej za nic

Żeby już więcej nie miał odwagi.

No ile razy?!”

Happysad „Długa droga w dół”

14 marca 2008   „Tylko nie mów mi, że chcieć to móc.”*

Ptysie leżą dalej na stole. Wymyślny wzór, w który zostały ułożone, zostaje zepsuty dopiero przez Weronikę, która cichaczem wzięła jednego. Pochłaniała go szybko, ledwo przełykając. Bała się, że dostanie ochrzan, bo w końcu to miały być zwycięskie ptysie. Jedyne czym się zdradziła,to bita śmietana za uchem.



Zaryzykowałam i chyba po raz pierwszy od wielu miesięcy mi nie wyszło. Tekst młodzieżowy, a średnia wiekowa jury to ponad sześćdziesiąt lat. Przy pierwszym etapie najstarsza osoba miała na oko trzydzieści osiem. A teraz porażka. To boli. Bardzo.



Padał deszcz. Cała zmoknięta weszłam do klatki. Czekałam dziesięć minut pod drzwiami. Najzwyczajniej bałam się wejść. Wiedziałam, że jeżeli powiem to na głos, to już nie będzie tylko w mojej głowie, ale w całym mieszkaniu i przede wszystkim zacznie się pocieszanie, którego szczerze nienawidzę. Te wszystkie dobre słówka i gesty osiągają odwrotny skutek, a na dodatek wywołują wściekłość.



 „Nieważne.”Zostawiłam osłupiałych rodziców w przedpokoju. Oni nie potrafią się pogodzić z myślą, że ja mogę tak po prostu odpuścić. Bo przecież ja nigdy nie odpuszczam.Zawsze walczę do samego końca. To mnie się pokazuje jako przykład i wzór. A teraz tak po prostu wyciągnęłam kołdrę i schowałam się pod nią bez życia?



„To wszystko, czego chcę. To wszystko, czego mi brak.

To wszystko czego, ja nigdy nie będę miał.

Otwórz oczy, zobacz sam. Przed nami mgła.

Zamykam oczy. Nie chcę widzieć. Nie chcę czuć.

To koniec już.”


[Myslovitz „Dla Ciebie”]

10 marca 2008   Oł łał.

Jak śmiesznie w ustach dorosłego brzmi slang młodzieżowy. A słowa typu: „Nara” czy „Siemka” wypowiedziane w dodatku przez rodzica, to jazda na całego. Szczególnie, gdy taka osoba nie potrafi poprawnie tego wymówić i tak jak mój Tatuś krzyczy na pożegnanie do telefonu: „Narkiua”, co pisząc pokemoniastym pismem byłoby bodajże NarQa, tyle że wymawia się to z troszeczkę innym akcentem., co ciężko jest wytłumaczyć dorosłym.



Zastanawiam się co oni chcą poprzez to pokazać? Nauczyciele,prezenterzy, policjanci czy nawet choćby ksiądz, który prowadzić dzisiaj moje rekolekcje chciał „zapodawać piosenki scholi” zamiast po prostu zaśpiewać piosenki.



Używając tych słów, dorośli chyba myślą, że są cool i super,ale zwykle ich hasła wywołują śmiech na sali, który zostaje przez nich odebrany przeważnie jako aprobatę. Prosty przykład: Fizyk w szkole prowadzi inteligentną rozmowę (jeżeli takową z nami można nazwać), nagle wyparowywując:  „A wy jakiej muzy słuchacie? Bo fizyka jest jak muzyka!” Oczywiście wszyscy w ryk, a fizyk też uchachany. No, błagam.



Hormony robią swoje, ale czasem ręce się załamują nad dorosłymi. Szczególnie, gdy mój Tatuś stara się jeszcze bardziej zintegrować ze mną i skacząc po internetowych słownikach, uczy się nowych słówek. A moja szczena ze zdziwienia opada pod bramy samych piekieł, gdy słyszę każde Jego nowe wyrażenie, choćby ostatnio mało nie spadłam z krzesła ze śmiechu, gdy powiedział do telefonu: „Spoko banan.”



Kochani dorośli. Tak, ja też Was kocham.

Szczególnie, gdy mówicie:„Helooł?” ^^

7 marca 2008     A takie tam.

Chyba na przekór Tacie jestem dalej zdrowa. Ale On jakoś w to nie potrafi uwierzyć i na każde psiknięcię i odkaszlnięcie patrzy podejrzliwym wzrokiem i kręci z zadowoleniem głową tak jakby mówił: „A nie mówiłem.” On tylko czeka aż będzie mógł powiedzieć mi te słowa.



W wtorek Mój Żołnierz wracał do Trzebiatowa, a że szkołę mam zaraz koło Dworca PKP, a On z niego odjeżdżał to miałam te (nie)szczęście Go odprowadzić.  Już wiem, po kim odziedziczyłam talent do robienia sobie obciachu ^^.



Ach! Pochwalę się: przeszłam na etap rejonowy w Ogólnopolskim Konkursie Recytatorskim. Z radości wpierniczyłam całe największe opakowanie Lentilków. Aż boję się co będzie jak przejdę jeszcze dalej,normalnie chyba zjem pół beczki czekolady.

Uwaga! A teraz konkursiwo!* A mianowicie niczym na wszystkich słiiiIITaAacH KonQjuRsIK, za który jest of koors nagroda**: Kto jest na tym zdjęciu?***


    

* Tak, owszem nudzi mi się.

** Tak, wiem. Słoneczko stanowczo za mocno mi przygrzało. x)

** Osoby: T,KJMD ; Blueee ; Bzikus_totalus ; Cruora oraz Tala mają zakaz odpowiadania. One wiedzą. Ewentualnie odpowiedź niech znajdzie się w takowych ptaszkach < > wtedy dla innych jest niewidoczna =P

____________________________________________________________

dopisek 8 marca 2008

Nie da się Was oszukać. Tak, tak, tak to ja i Mój Braciszek. Wtedy kolejno lat cztery i lat osiem. Wygląda na przestraszonego, bo parę minut przed zrobieniem zdjęcia wrzuciłam Mu za koszulkę cały pokarm dla ptaszków. Za to przeskoczmy na wyższy poziom w konkusiwie:

1 marca 2008     Wa-ria-tka!

Nie przejmowałam się tym okrzykiem, biegłam pod górkę tak szybko jak się dało w szpilkach  w lesie.„Moooorzeeeeee!!!!” darłam się jak głupia, gdy tylko dobiegłam do szczytu i zobaczyłam tę piękną niebieską toń. Po nieprzespanej nocy spędzonej w aucie, nowa energia we mnie wstąpiła i puściłam się sprintem. Obcasy zagłębiały się w piasku, a wiatr rzucał ziarenka  prosto w moje oczy. Raz po raz skacząc na jednej nodze, ale nie przerywając biegu, zdejmowałam prawy, potem lewy bucik. Boso dobiegłam do morza.



Fale uderzały raz po raz, a ja niczym dziecko przed nimi uciekałam. W szumie wiatru usłyszałam krzyki rodziców. Nie przejmując się nimi, dalej droczyłam się z Bałtykiem. W końcu jednak się obróciłam i w tym momencie zagapiłam się i fala z wielkim uśmiechem mnie zalała.



Niezbyt przejęłam się reprymendą tata, który po wygłoszeniu kazania, chodził po plaży, mrucząc pod nosem teksty w stylu Co Ona Sobie Wyobraża To Niesłychane i Jak Będzie Chora To Zastrzyki Od Razu Dostanie i raz po raz wykrzykując do mnie: Wariatka! Czyś zgłupiała do końca? Gdzie twoja piąta klepka? Zachowujesz się jak prawdziwa blondynka! Wariatka! Wa-ria-tka! Kończył dobitnie każdą swoją kwestię.



Ja to wiem. Wiem, że jestem pokręcona i  zakręcona. Każdy na każdym kroku dobitnie mi to uświadamia, więc jak o tym mam nie wiedzieć?



Pisząc palcem po mokrym piasku, śpiewałam „Przyjedź siora na przysięęęgęęęę!” Udałam, że nie widzę Niemców z oczami jak spodki, gdy się we mnie wpatrywali i tej ich kamery wycelowanej we mnie. A nuż może będę w tej całej germańskiej telewizji.



Mój Braciszek wyjątkowo przystojnie wyglądał w mundurze,chociaż przystojny to On nie jest. Przysięga była nudna jak flaki z olejem. Ale żołnierze sami w sobie.. nie narzekam ^^ Miło siedzi się w towarzystwie takowych panów z prawdziwą bronią w maszynie, która łudząco przypominała czołg, ale która czołgiem nie była, co mi dokładnie tłumaczono.



„JUSIUUU!” z okrzykiem rzuciłam się na Brata, gdy podszedł.Inni żołnierze się zaśmiali. „Twoja dziewczyna?” jeden czepliwie się spytał.„Siora.” odparł chłodno, mierząc go wzdłuż i wszerz. „Idziemy” skierował do mnie i pociągnął za kapucę. „Pa!” ledwie zdążyłam zawołać i rzucić uśmiechem, a już znalazłam poza obszarem jednostki.



Po tych kilku godzinach snu w aucie teraz obija mi zupełnie. Jestem po prostu nie-do-odkręcenia.


Ps. Zdjęcia z Bałtyku można sobie zobaczyć w albumie :) Zapraszam ^^

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz