sobota, 13 lipca 2013

Ten z bólustudiowania



Ten raczej na pewno przedostatni (czerwiec)

(fragment korespondencji)

Szanowny Panie Profesorze,

[...]

Z poważaniem,

M.T.



Szanowna Pani,

ok.

Z poważaniem,

D.R.



Wniosek? Nie warto produkować się i pisać pięknych maili, wyszukiwać w nich niedoboru/nadmiaru przecinków i słów, które być może/na pewno nie powinny się znaleźć w takowej korespondencji.

Może jednak nie warto kusić losu? Może skutki będą widoczne dopiero wtedy, jeżeli odetnie się wszystkie nitki? Może będzie łatwiej? Może warto to wziąć pod uwagę? Czas rozważań uważam za rozpoczęty. Zegar tyka oczekując odpowiedzi.



Czego nauczyłam się dziś? Oczka na smutnego psiaka zdecydowanie na mnie działają współczująco-rozczulająco-przemyśleniowo.






 Ten ostatni (czerwiec)


Zaliczone na 5.

I co teraz? Chyba powrót na stare śmieci. Tutaj to sensu ani widu ani słychu. Bo dla kogo?

Czego nauczyłam się dziś? Ludzie pozostaną zawsze tylko ludźmi.






 Ten po gorącej herbacie (maj)

Zapanowała moda na rolki, co dla wielbiących je wyjadaczy jest bardzo irytujące. Bo jedzie toto takie nieogarnięte i niewiedzące, co ze sobą zrobić na rolkostradzie. Rozgląda się wokół czy wszyscy na pewno widzą i podziwiają. Inne kładą się na środku i cykają sobie fotki. „Jestem taka śliczna i wysportowana, bo jeżdżę na rolkach!” – szkoda, że to „jeżdżenie” opiera się głównie na leżeniu na asfalcie i robieniu słodziutkich minek do smartfona.

Oczywiście są większe zagrożenia niż klasyczny model rodziny 2+2 wyposażony w nowiuteńkie roleczki z kaskami i ochraniaczami na wszystkich możliwych partiach ciała, który jedzie środkiem drogi i bawi się w domino (czyt. upadam ja – upadają wszyscy). Takie leżące i skowyczące z bólu ciała jest jeszcze szansa by ominąć, natomiast przeszkoda, która atakuje znienacka to krzaki. Kto wymyślił, żeby krzaki były wzdłuż rolkostrady? Te odstające gałęzie bijące po twarzy czy też urwane badyle leżące na środku drogi są o wiele większym niebezpieczeństwem. Dziury i wgłębienia wśród liści mówią same za siebie. Jak wpadnie się w krzaki to rolek odechciewa się na cały sezon.

Uczelnia z obroną pomalutku zaczynają atakować. Za to podwójna sesja przeprowadza już kolejną bitwę. Maraton egzaminowo-zaliczeniowy już trwa.

Czego nauczyłam się dziś? Psychologia wojskowa dzieli się na psychologię lotniskową i kosmonautyczn





Ten niezbyt ambitny (maj)

Dzisiejszy dzień przebiega pod hasłem: zgub notatki i płacz. Wszystko sponsorowane przez moje roztrzepanie. Zniknęły wykłady, ćwiczenia, seminaria. Kartek wokół mnie od koloru do wyboru, we wszystkich barwach, pisanych czernią pióra czy błękitem długopisu, ale tego co jest najważniejsze nie ma. Trzy miesiące wsiąkły i nic nie wskazuje na to, by miały się pojawić w najbliższym czasie. Czas się psychicznie nastawić na żebranie i ćwiczyć przed lustrem słodką minkę biednej zagubionej blond wywołującej litość i współczucie.

W ogóle nie wiedziałam, że przywiozłam ze sobą plażę. Piasek sypał się dzisiaj obficie, bo odważyłam się wreszcie wyciągnąć obuwie sportowe z siateczki. To te buciki, w których wpadłam z falochronu do Bałtyku. Były mokre, więc żeby nie zabrudziły innych rzeczy, wylądowały w woreczku. W ciągu tych tygodni ładnie się wszystko zakisiło i niezapomniany zapach morza nawet po trzech próbach umycia nie odpuścił.

Monopol na moje myśli przejęło Donkeyboy z swoim Ambitions. Bo nie wszystko można w sobie tolerować, a ambicje rzeczywiście zanikają.

Czego nauczyłam się dziś? Nie wolno bawić się w profesjonalnego kucharza, bo nagle ubywa paznokci z cząstką palca.






Ten przesiąkający rozpaczą (kwiecień)

Dopadł mnie. Siekierą odcina palec po palcu i siłą przykleja je do klawiatury. Krzyczy w głowie, słychać już powoli tą rozpacz, która go ogarnia. A ja mam tylko pustkę, bo mózg dawno uszami mi już wypłynął. Wpatruję się bezsensownie w ekran monitora i widzę komórki excela, wykresy i dane. Wystarczy to zinterpretować i wreszcie on da mi spokój. Przynajmniej taki względy do lipca, czyli od obrony. W tym momencie nasuwa się tylko jedno zdanie: „Licencjacie, zgiń.”

Na ostatnim szkoleniu uświadomiono mnie, że nie powinno się mówić: muszę to zrobić, lecz chcę. I staram się przymusić do tego, żeby myśleć w ten sposób. Jednak jest zbyt wiele innych rzeczy, które chcę zrobić, a przekształcanie innych pochłania zbyt wiele energii.

Chciałabym zadzwonić tam, gdzie powinnam. Powiedzieć to, co powinno zostać wypowiedziane na głos. Odczuwać to, co powinno być odczuwane.

Szkoda, że nie zawsze chcieć to móc.

Czego nauczyłam się dziś? Żadna siła nie jest w stanie przymusić do działań, których nie chce się podjąć.






 Ten z nutką życiowej histerii (kwiecień)

Pisanie na siłę zawsze kończy się źle. Siedzi się i patrzy w ten migający kursor, który denerwuje bardziej niż zwykle. W tym przypadku naruszanie praw autorskich jest całkowicie zrozumiałe i nawet do wybaczenia.

Po nocach śnią mi się koszmary. Pan Licencjat biega za mną i krzyczy: „Skończ mnie! Skończ mnie!”. Klawiatura skacze i układa się w słowa: OBRONA. W skali scrabblowej punktów zdobyto osiem. Jednak ja wzbraniam się rękami i nogami, wciąż usilnie odmawiając. Ale wyraz: DEADLINE wygrywa aż dziesięć punktów. Dziesięć punktów to prawie jak dziesięć dni, które miałam, ale już nie mam.

Przepraszam, ale jak tutaj siąść i cokolwiek napisać, skoro jest tak piękna pogoda? Skoro sił nie mam? Skoro wolę się wyspać? Skoro mam milion innych wymówek? I wszystkie na ringu biją na głowę przymus pisania.

Wnioski poczynione w stanie niepoczytalnym są odrzucone. Miotanie w trybie awaryjnym wciąż aktywne.

Czego nauczyłam się dziś? Na spotkania z przyjaciółmi nie idzie się z telefonem. Bo potem on leży i tylko się na nas gapi z wymownym spojrzeniem pod tytułem „Dlaczego nie sprawdzisz czy ktoś czegoś nie napisał?”.






 Ten wyszeptany (marzec)

Tęsknię za moim głosem. Za jego tonem i śpiewem. Chociaż jego ewolucja w stronę normalności przebiega w miarę pomyślnie, mimo że strasznie powoli. Opuściłam już fazę skrzeczącej żaby i już nie jestem Lordem Vaderem ani Clintem Eastwoodem. Etap „udaję, że mam seksowną chrypę, chociaż tak naprawdę ledwo wydobywam z siebie głos” rozpoczęty.

Myślę o tym, o czym nie powinnam myśleć. Jednak myślenie o tym, że nie powinnam myśleć o czym myślę, sprawia, że myślę o tym jeszcze więcej.

Czego się nauczyłam dziś?

W karaoke śpiewamy, nie drzemy mordę jakbyśmy byli opętani. Nawet jeśli leci jedna z naszych ulubionych piosenek.
Filmów katastroficznych nie oglądamy bez chusteczek, w szczególności takich jak „Niemożliwe”, bo zasmarkany T-shirt nie nadaje się do powtórnego użycia.






Ten po poznańskich mostach (marzec)

Mosty Ekonomiczne to chyba najlepsza rzecz, jaka spotkała mnie dotychczas na uczelni. Tyle zabawy w nauce i nauki w zabawie dawno nie było.

Poznań to zabawne miasto. Nie wiedzą, co to hasiok i upierają się, że mizeria jest sałatką, a kartofle to tak naprawdę pyzy. Motorniczy zamyka połowie grupy drzwi przed nosem w tramwaju, a reszta zwiedzających, oczywiście ta bez przewodnika, odjeżdża nie wie gdzie (swoją drogą nie muszę chyba mówić, w której grupie byłam ja…).

Bawić się na koszt uczelni zawsze spoko.

Czego nauczyłam się na wyjeździe? Pamiętajcie, tak naprawdę to Wy nigdy się nie gubicie. To grupa zawsze gubi Was! I tej wersji zawsze się trzymajmy.

A, i nigdy nie pić kawy po 23.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz