Ten raczej na pewno przedostatni (czerwiec)
(fragment korespondencji)
Szanowny Panie Profesorze,
[...]
Z poważaniem,
M.T.
Szanowna Pani,
ok.
Z poważaniem,
D.R.
Wniosek? Nie warto produkować się i pisać pięknych maili, wyszukiwać w
nich niedoboru/nadmiaru przecinków i słów, które być może/na pewno nie powinny
się znaleźć w takowej korespondencji.
Może jednak nie warto kusić losu? Może skutki będą widoczne dopiero
wtedy, jeżeli odetnie się wszystkie nitki? Może będzie łatwiej? Może warto to
wziąć pod uwagę? Czas rozważań uważam za rozpoczęty. Zegar tyka oczekując
odpowiedzi.
Czego nauczyłam się dziś? Oczka na smutnego psiaka zdecydowanie na mnie
działają współczująco-rozczulająco-przemyśleniowo.
Ten ostatni (czerwiec)
Zaliczone na 5.
I co teraz? Chyba powrót na stare śmieci. Tutaj to sensu ani widu ani
słychu. Bo dla kogo?
Czego nauczyłam się dziś? Ludzie pozostaną zawsze tylko ludźmi.
Ten po gorącej herbacie (maj)
Zapanowała moda na rolki, co dla wielbiących je wyjadaczy jest bardzo
irytujące. Bo jedzie toto takie nieogarnięte i niewiedzące, co ze sobą zrobić
na rolkostradzie. Rozgląda się wokół czy wszyscy na pewno widzą i podziwiają.
Inne kładą się na środku i cykają sobie fotki. „Jestem taka śliczna i
wysportowana, bo jeżdżę na rolkach!” – szkoda, że to „jeżdżenie” opiera się
głównie na leżeniu na asfalcie i robieniu słodziutkich minek do smartfona.
Oczywiście są większe zagrożenia niż klasyczny model rodziny 2+2
wyposażony w nowiuteńkie roleczki z kaskami i ochraniaczami na wszystkich
możliwych partiach ciała, który jedzie środkiem drogi i bawi się w domino
(czyt. upadam ja – upadają wszyscy). Takie leżące i skowyczące z bólu ciała
jest jeszcze szansa by ominąć, natomiast przeszkoda, która atakuje znienacka to
krzaki. Kto wymyślił, żeby krzaki były wzdłuż rolkostrady? Te odstające gałęzie
bijące po twarzy czy też urwane badyle leżące na środku drogi są o wiele
większym niebezpieczeństwem. Dziury i wgłębienia wśród liści mówią same za
siebie. Jak wpadnie się w krzaki to rolek odechciewa się na cały sezon.
Uczelnia z obroną pomalutku zaczynają atakować. Za to podwójna sesja
przeprowadza już kolejną bitwę. Maraton egzaminowo-zaliczeniowy już trwa.
Czego nauczyłam się dziś? Psychologia wojskowa dzieli się na
psychologię lotniskową i kosmonautyczn
Ten niezbyt ambitny (maj)
Dzisiejszy dzień przebiega pod hasłem: zgub notatki i płacz. Wszystko
sponsorowane przez moje roztrzepanie. Zniknęły wykłady, ćwiczenia, seminaria.
Kartek wokół mnie od koloru do wyboru, we wszystkich barwach, pisanych czernią
pióra czy błękitem długopisu, ale tego co jest najważniejsze nie ma. Trzy
miesiące wsiąkły i nic nie wskazuje na to, by miały się pojawić w najbliższym
czasie. Czas się psychicznie nastawić na żebranie i ćwiczyć przed lustrem
słodką minkę biednej zagubionej blond wywołującej litość i współczucie.
W ogóle nie wiedziałam, że przywiozłam ze sobą plażę. Piasek sypał się
dzisiaj obficie, bo odważyłam się wreszcie wyciągnąć obuwie sportowe z
siateczki. To te buciki, w których wpadłam z falochronu do Bałtyku. Były mokre,
więc żeby nie zabrudziły innych rzeczy, wylądowały w woreczku. W ciągu tych
tygodni ładnie się wszystko zakisiło i niezapomniany zapach morza nawet po
trzech próbach umycia nie odpuścił.
Monopol na moje myśli przejęło Donkeyboy z swoim Ambitions. Bo nie
wszystko można w sobie tolerować, a ambicje rzeczywiście zanikają.
Czego nauczyłam się dziś? Nie wolno bawić się w profesjonalnego
kucharza, bo nagle ubywa paznokci z cząstką palca.
Ten przesiąkający rozpaczą (kwiecień)
Dopadł mnie. Siekierą odcina palec po palcu i siłą przykleja je do
klawiatury. Krzyczy w głowie, słychać już powoli tą rozpacz, która go ogarnia.
A ja mam tylko pustkę, bo mózg dawno uszami mi już wypłynął. Wpatruję się
bezsensownie w ekran monitora i widzę komórki excela, wykresy i dane. Wystarczy
to zinterpretować i wreszcie on da mi spokój. Przynajmniej taki względy do
lipca, czyli od obrony. W tym momencie nasuwa się tylko jedno zdanie:
„Licencjacie, zgiń.”
Na ostatnim szkoleniu uświadomiono mnie, że nie powinno się mówić:
muszę to zrobić, lecz chcę. I staram się przymusić do tego, żeby myśleć w ten
sposób. Jednak jest zbyt wiele innych rzeczy, które chcę zrobić, a
przekształcanie innych pochłania zbyt wiele energii.
Chciałabym zadzwonić tam, gdzie powinnam. Powiedzieć to, co powinno
zostać wypowiedziane na głos. Odczuwać to, co powinno być odczuwane.
Szkoda, że nie zawsze chcieć to móc.
Czego nauczyłam się dziś? Żadna siła nie jest w stanie przymusić do
działań, których nie chce się podjąć.
Ten z nutką życiowej histerii
(kwiecień)
Pisanie na siłę zawsze kończy się źle. Siedzi się i patrzy w ten migający
kursor, który denerwuje bardziej niż zwykle. W tym przypadku naruszanie praw
autorskich jest całkowicie zrozumiałe i nawet do wybaczenia.
Po nocach śnią mi się koszmary. Pan Licencjat biega za mną i krzyczy:
„Skończ mnie! Skończ mnie!”. Klawiatura skacze i układa się w słowa: OBRONA. W
skali scrabblowej punktów zdobyto osiem. Jednak ja wzbraniam się rękami i
nogami, wciąż usilnie odmawiając. Ale wyraz: DEADLINE wygrywa aż dziesięć
punktów. Dziesięć punktów to prawie jak dziesięć dni, które miałam, ale już nie
mam.
Przepraszam, ale jak tutaj siąść i cokolwiek napisać, skoro jest tak
piękna pogoda? Skoro sił nie mam? Skoro wolę się wyspać? Skoro mam milion
innych wymówek? I wszystkie na ringu biją na głowę przymus pisania.
Wnioski poczynione w stanie niepoczytalnym są odrzucone. Miotanie w
trybie awaryjnym wciąż aktywne.
Czego nauczyłam się dziś? Na spotkania z przyjaciółmi nie idzie się z
telefonem. Bo potem on leży i tylko się na nas gapi z wymownym spojrzeniem pod
tytułem „Dlaczego nie sprawdzisz czy ktoś czegoś nie napisał?”.
Ten wyszeptany (marzec)
Tęsknię za moim głosem. Za jego tonem i śpiewem. Chociaż jego ewolucja
w stronę normalności przebiega w miarę pomyślnie, mimo że strasznie powoli.
Opuściłam już fazę skrzeczącej żaby i już nie jestem Lordem Vaderem ani Clintem
Eastwoodem. Etap „udaję, że mam seksowną chrypę, chociaż tak naprawdę ledwo
wydobywam z siebie głos” rozpoczęty.
Myślę o tym, o czym nie powinnam myśleć. Jednak myślenie o tym, że nie
powinnam myśleć o czym myślę, sprawia, że myślę o tym jeszcze więcej.
Czego się nauczyłam dziś?
W karaoke śpiewamy, nie drzemy mordę jakbyśmy byli opętani. Nawet jeśli
leci jedna z naszych ulubionych piosenek.
Filmów katastroficznych nie oglądamy bez chusteczek, w szczególności
takich jak „Niemożliwe”, bo zasmarkany T-shirt nie nadaje się do powtórnego
użycia.
Ten po poznańskich mostach (marzec)
Mosty Ekonomiczne to chyba najlepsza rzecz, jaka spotkała mnie
dotychczas na uczelni. Tyle zabawy w nauce i nauki w zabawie dawno nie było.
Poznań to zabawne miasto. Nie wiedzą, co to hasiok i upierają się, że
mizeria jest sałatką, a kartofle to tak naprawdę pyzy. Motorniczy zamyka
połowie grupy drzwi przed nosem w tramwaju, a reszta zwiedzających, oczywiście
ta bez przewodnika, odjeżdża nie wie gdzie (swoją drogą nie muszę chyba mówić,
w której grupie byłam ja…).
Bawić się na koszt uczelni zawsze spoko.
Czego nauczyłam się na wyjeździe? Pamiętajcie, tak naprawdę to Wy nigdy
się nie gubicie. To grupa zawsze gubi Was! I tej wersji zawsze się trzymajmy.
A, i nigdy nie pić kawy po 23.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz