29 kwietnia
2008 Maminsynek
Mój brat
poznał w wojsku fantastycznego chłopaka. Spokojny, miły, troskliwy. Przegadałam
z nim ponad godzinę na przysiędze. Otwarty na ludzi, przyciągał ich jak magnes.
Starał się pomóc, nawet tym nowo poznanym. Żartował bez przerwy, uśmiech miał
rozbrajający. Był jednym z ulubieńców dowódców. Szanowali go za to, co robi dla
swoich rodziców.
Mój brat i
On poznali się pierwszego dnia jadąc do jednostki, wylądowali razem w pokoju,
razem brali wartę. Daniel mieszkał jeszcze dalej niż my. Z Katowic jeszcze się
przesiadał do innego pociągu i jechał dalej. Miał ciężko chorą matkę, ojca po
przejściach. Kapral jak go nazywają w jednostce Maszyna rozumiał to. Szedł Mu
często na rękę czy to pozwalał zadzwonić po dwudziestej drugiej czy puszczał go
na pocztę listy wysyłać. Nagle ni stąd ni zowąd przenieśli go. Do innej
jednostki oddalonej o ponad pięćdziesiąt kilometrów. Samego. Nic nie tłumacząc,
dali Mu dziesięć minut na spakowanie manatków. Mój brat stracił z Nim kontakt.
Mama odbiera
dzisiaj telefon. Słucha uważnie i oczy z czasem zamieniały się w spodki. „ŻARTUJESZ?!”wydusiła do telefonu. Gdy
rozmowa zakończyła się, spojrzałam na nią pytającym wzrokiem.
„Daniel
wyskoczył przez okno z drugiego piętra.” obwiesiła martwym głosem.
Dzwonił
Justyn. Do ich jednostki przyjechali jacyś ludzie. Dopytywali się o Daniela,
jaki był, czy był lubiany, czy miał jakieś problemy. Każdego przepytywali
osobiście. Każdy potwierdził, że był to jeden z najlepszych kolegów w
jednostce.
Wyskoczył
przez okno, bo stan jego matki gwałtownie pogorszył się. Główny dowódca
pozwolił pojechać Mu na tydzień do domu. Jednak, gdy przyszedł zabrać rzeczy,
podszedł do niego kapral, a zobaczywszy przepustkę po prostu ją podarł i
powiedział, że ma ją w dupie. I Jego matkę i Jego. I że swojego dupska też z
jednostki nie ruszy, bo on jest żołnierzem a nie maminsynkiem.
Daniel
przeżył. Ma jednak ciężkie obrażenia i leży w szpitalu. Sprawą zainteresowała
się prokuratura wojskowa.
27 kwietnia
2008 „Ile? 25… Oż…”
„[..] wkleił
mi Twój opis i nie moja wina ze mam dwadzieścia pięć lat… Z drugiej strony też
bym nie przypuszczał że spodoba mi się siedemnastka… Przepraszam…”
Oboje wiemy,
że to nie przejdzie… Więc dlaczego On mimo tego próbuje?
24 kwietnia
2008 „Wierzę w Boga [...]„
Religia w
szkole. Temat gorący na ustach od dobrych kilku miesięcy. Na początku walka o
maturę, poprzednio o wliczanie do średniej. Z własnego doświadczenia powoli
zaczynam rozumieć i coraz szybciej zgadzam się z uczniami, którzy byli
przeciwko. Na religię, tak jak na wf powinno przychodzić się na luzie – chwila
odprężenia w ciągu dnia. Ale tak nie jest. Strach przed religią większy aniżeli
przed odpytówką całogodzinną z geografii czy fizyki? Możliwe, jeżeli ma się
takiego tragicznego nauczyciela jak ja.
W
podstawówce na religię chodziłam się z wielką przyjemnością. Zresztą jak cała
moja klasa. Z tego, co opowiada mi teraz Młoda, wnioskuję, że cała szkoła lubi
religię, katechetki i sposób prowadzenia lekcji, czyli jest wszystko ok.
Rysuneczki, pioseneczki i wszystko podpasywane pod poziom. W gimnazjum jakoś
wszystko się już miesza. W moim przypadku doszły odpowiedzi, ale na podstawowe
zagadnienia religijne typu: dziesięć przykazań, ile Mojżesz wędrował z ludem
przez pustynię, no i ewentualnie pytanie z materiału lekcyjnego. Wszystko
jednak można znieść i dostosować się – w końcu to przeskok
podstawówka-gimnazjum.
Liceum
jednak to jest totalna porażka. I to tak w wielkim stopniu, że ja mam ochotę
zrezygnować z religii. Ja – chodząca przez całe życie a to na Dzieci Maryi czy
Oazę, aktywnie uczestnicząca w życiu Kościoła. I teraz nasuwa się pytanie
dlaczego osoba tak religijna chce zrezygnować z – powinno się wydawać –
ulubionego przedmiotu? Odpowiedz jest bardzo prosta: bo uczy nas taka ciota, że
to aż strach. Musimy nazywać go profesorem, chociaż ciężko mi to przechodzi
przez usta. Idiota i debil połączone w jedno są mądrzejsze do potęgi entej od
tego czegoś.
‘Profesor’
bierze do odpowiedzi: „Opowiedz mi coś o Biblii.”. To ‘coś’ to dokładna data
powstania, wszystkie rodzaje wydania,wszystkich autorów, polskie wydania,
błędne wydania, najnowsze wydania. No i najlepiej jeszcze by tak z grubsza jej
dokładniejsza treść. Co rusz zresztą katecheta przerywa i poprawia, nie dając w
sumie dojść do słowa. A to przecież dopiero początek lekcji. Dostając w rękę
sprawdzian, ma się ochotę wyć. Katecheta nie dopuszcza nikogo do słowa. Zawsze
się upiera na swoim, mimo że czasem nie ma racji. Według niego w Wielki Piątek
jest msza i groził mi, że jeżeli jeszcze raz mu powiem, że nie ma, to wstawi mi
ocenę niedostateczną. Gdy natomiast opowiedziałam to rodzicom, to słów om
brakło. Już się jednak nie dziwią, kiedy nie dostaję piątki z sprawdzianu. Bo
przecież nie ma szans, żeby nauczyć się każdego wersu Biblii i słowo w słowo
Katechizmu Kościoła Katolickiego.
Religia
wlicza się do średniej. Mimo, że jest nierówny poziom. Tak, wiem, że w innych
przedmiotach też są różnice, ale wynoszące bagatela trochę w te, trochę we wte.
Jednak jest duża rozbieżność między harówką połączoną z wykuwaniem czystych
pierdoł w ogóle nieprzydatnych w życiu ani w wierze, a miłą rozmową o Bogu i
łatwymi ocenami do zdobycia jak to jest w większości liceów.
_________________________________________________________
Długo, bo
długo, ale musiałam się wyżalić.
Bo jedyne,
co nasz katecheta dobrze robi to sprawdzanie obecności.
I nic poza
tym
22 kwietnia
2008 Stuk stuk stuk
Jeżeli
miałabym być szczera, to jakoś specjalnie nie przejęłam się tym, ze
wielkie randez vous nie wypaliło. A
gdybym mogła walnąć prosto z mostu to powiem, ze wręcz się ucieszyłam. Może
wreszcie dotarło, że moje duże i wyraźne „nie” to naprawdę jest „nie”, a nie
„tak”.
Stuk stuk
stuk. Stuk stuk stuk.
„Maaaagdaaaaa!
Patrz!”
Stuk stuk
stuk.
Moja siostra
na urodziny dostała rolki. A z racji tego, że pada, to jeździ sobie po domu.
Ode mnie szkrab dostał takiego gigantycznego lizaka w kształcie serca. I przede
wszystkim pozwoliłam przytulić się. Ba, nawet dać sobie buziaka zgodziłam się
łaskawie, co było dla niej największym szokiem.
Irytują mnie
ludzie, którzy robią coś pod publikę. A w szczególności w wirtualnym świecie.
Jeszcze bardziej mnie wkurza fakt, że zaprzeczają o tym prosto w oczy, że nie i
że mi się tylko zdaje. Niestety, ale ja nie mam wady wzroku i doskonale widzę.
Przed skomentowania takiej notki czy bloga odliczam do minimum dziesięciu i
dopiero potem daję ‘Skomentuj’. Inaczej bym pojechała po autorze niemożliwie.
Przyznam się szczerze, że czasami poddaję się tej słodkiej czynności.
Jon:
Śmietanki?
Garfield:
Oczywiście
Jon: Cukru?
Garfield:
Cztery łyżeczki
Jon: Kawy?
Garfield:
Tylko odrobinę
Zakochałam
się totalnie w Garfieldzie. On nawet pije kawę tak jak ja.
„Normalnie
cię uwielbiam. A teraz idź się pobaw w mikserze.”
19 kwietnia
2008 Dialogowanie
międzyludzkie
Dzisiaj
rano:
- Magdalena wstawaj!
- …..
- Patrz na nią! Owinęła się kołdrą jak
dzidziuś! Ona chce, żebym się z nią bawił w ściąganie kołdry!
- (Idź sobie! Daaaaj mii spaaaaaaać!)
Następuje
wielokrotne ściąganie kołdry.
- TAAAATOOOOO!
- Patrz co mam. ( pokazuje mi maskotkę
dalmatyńczyka).
- ……
- Misio cię kocha.
- Tato… To jest piesio…
- …….
________________________________
Ankieta
przeprowadzona wczoraj na osiemnastu mężczyznach. Piętnaście odpowiedzi
brzmiało:
- Gdybyś był kobietą i miałbyś czuć się
spełniony i zawód miałby sprawiać ci przyjemność to kim chciałbyś zostać?
- Dziwką.
- O.o
________________________________
A dzisiaj
spacer z Uparciuchem.Nie stroję się specjalnie. W sumie nie zależy mi. Szkoda,
że Jemu tak.
I tak
musiałabym zmyć się z domu, bo do mojej siostrzyczki przychodzą trzy inne
wariatki. Boję się… nie wiem czy zastanę pokój w całości. Ba! Czy to blok
przeżyje..
_______________________________________________
wieczorem
Spacer
odwołany. Przez Niego.
Za to
spędziłam miły wieczór z przyjaciółką ^^
15 kwietnia
2008 Bawię się w powietrze…
W sprawie
robaczka. Robaczek jest rodzaju męskiego. Imienia jeszcze jako takowego nie ma,
propozycje można składać w komentarzach. Jest niegroźny. Owszem ma podwójne
ADHD (jeśli nie potrójne ^^). Byłam z nim u weterynarza i udowodnił on
(weterynarz, nie robaczek), że jest nieszkodliwy (robaczek, nie weterynarz).
Można bezpiecznie w pobliżu myszkować. Kazał także przekazać, iż nie życzy
sobie, żeby gazetą, paznokciami, butelką lub innymi przedmiotami starać się usunąć
go z pola widzenia – jest to niemożliwie i ma swoje uboczne skutki (widoczne na
własnym monitorze).
Mam znów
mętlik w głowie. Odezwał się ten, co odszedł ponad pół roku temu. Jedna rozmowa
milion wniosków. Wyrzuty, że spotykam się z innymi. Że staram się o Nim
zapomnieć, gdy On stara się dojrzeć do poważnego związku. Więc ja? Złośliwie
siedzę na niewidocznym na gadu-gadu. Nie dam kolejnej szansy przez internet, bo
on dodaje odwagi. Chcesz pogadać? Pogadaj zemną w cztery oczy.
To od
Uparciucha widzę ostatni sms w nocy i pierwszy w ciągu dnia. Blokuje mi
skrzynkę i ma wyrzuty. Godzina siódma z minutami. „Co robisz??” Nie zdążę
odpisać drżącą ze złości ręką, a tu kolejny sms: „Na pewno w sobotę?” „Co
powiesz??” „Czemu się nie odzywasz??” „????!!!!!” A ja? Złośliwie wyłączam komórkę.
Z jednej
strony On, z drugiej Uparciuch. Nie wiem, który gorszy. Obu mam po dziurki w
nosie, delikatnie mówiąc. Bo ja nie mam zamiaru czekać milion lat zamknięta w
najwyższej komnacie w najwyższej wieży. W dodatku jeszcze sama dobrowolnie mam
się w niej zamknąć i najlepiej klucz Mu wręczyć. A gdy On poczuje się już wystarczająco
dojrzały to przyjdzie i mnie wspaniałomyślnie uwolni. Od Uparciucha nie mam już
ochoty otrzymywać sto tysięcy smsów dziennie. Oboje mają do mnie wyrzuty i
wielkie fochy. Ja złośliwie odmawiam dostępu do siebie.
Cieszę się,
że przynajmniej robaczek nie ma do mnie żadnych pretensji.
______________________________________________________
dopisek z 17
kwietnia
Uparciuch
zrozumiał, że nie ma szans. Spytał się wprost.
A ja mu
prosto z mostu odpowiedziałam.
Ale i tak
idziemy na spacer w sobotę, od tego już nie potrafiłam się wywinąć.
Jeden z
głowy.
12 kwietnia
2008 Zimny drań.
Lubię
sprawiać ludziom przyjemność. Lubię, kiedy czują się docenieni, bo wiem jakie
to fajne uczucie jest. Stałam na moście nad autostradą przez ponad dwadzieścia
minut i machałam do tirów. W drodze przecież niektórzy czują się samotni,
przebywać sam na sam tylko z radiem w czasem kilkunastogodzinnej jeździe nie
jest przyjemne. A na sam widok uśmiechniętej zarumienionej wiatrem twarzy i
szaleńczych ruchów zwanych machaniem, robi się lepiej na sercu. Mruganie
światłami, klaksony i odmachiwania. Z zdziwieniem zauważyłam, że nie tylko
kierowcy tirów, ale także osobówki. I to nie tylko mężczyźni, ale także płeć
piękna, chociaż ona rzadziej. ^^ Fajnie jest sprawić komuś przyjemność, szczególnie,
gdy i dla mnie to wielka frajda jest.
A mój brat
to drań. Przyjechał bez zapowiedzi. Nic nie powiedział, tylko rano ktoś mnie
tradycyjnie podeptał. „Justyn spadaj!” i przewróciłam się na drugi bok. Nagle –
olśnienie: przecież jego tutaj nie ma prawa być! W wojsku jest. Kilkaset
kilometrów od nas. Otworzyłam szybko oczy, a tu przede mną szczerzące się
zęby.„Cicho siedź!” „CO TY TUTAJ ROBISZ?” Przez głowę przemknęły mi wszystkie
możliwości:
a) Zamordował kogoś i szuka go FBI.
b) Okradł bank i szuka go CIA.
c) Pobił się i ucieka przed wojskiem.
d) Nie stawił się na komendzie i szuka go
policja.
e) Zaplątał się w aferę narkotykową i goni go
mafia.
f) Stoi przede mną jego duch, a tak
naprawdę mój brat utopił sięw tej całe powodzi przy Szczecinie.
g) Mam po prostu schizy.
„Mam
przepustkę” Oczywiście najprostsze wyjaśnienie najtrudniej mi przyszło.
Znalazła się
ofiara losu i inteligent w jednym. Ciekawe coby zrobił, gdy nas w domu nie
było. Klamkę by sobie pocałował. Ot, co. Chociaż trudno było przypuszczać, że o
godzinie piątej czterdzieści sześć nikogo nie będzie.. No, ale w każdym razie
miło zobaczyć tego boroka , chociaż obudził mnie o nieprzyzwoitej porze..
Eh.. no i
umówiłam się z tym uparciuchem. Tak prosił, że wreszcie ustąpiłam.W przyszłą
sobotę powiem Mu wprost, że nic z tego nie będzie.
10 kwietnia
2008 Szaleństwo (!)
O zgrozo
przeszłam dalej z konkursu geograficznego. W dodatku okazało się, że drugi etap
jest szesnastego kwietnia. A ja jak wcześniej sobie przeglądałam ulotkę, to
byłam pewna, że owszem szesnastego, ale maja. No i mam yyyyyy teoretycznie
sześć dni (?!) na wkucie całego podręcznika z rozszerzenia z geografii.
Praktycznie jest jedno popołudnie. Ha, ha, ha.
No to powodzenia.
Dlaczego
jeżeli jestem miła i uśmiechnę się do jakiegokolwiek chłopaka, to on od razu
uważa, że pokochałam go na całe życie? I że nie potrafię się mu oprzeć, bo on
jest normalnie boss i cool. Eh.. I przez to po raz kolejny muszę kłamać, że nie
mogę iść tu i tu, bo się umówiłam tam i siam. A to z przyjaciółką, a to mam
szlaban, a to muszę się uczyć. Ale teraz trafiłam na takiego upartego i za nic
nie potrafię go złamać. Wprost nie potrafię mu powiedzieć. Moja odwaga w takich
momentach plajtuje.
„Say you’re leavin’ on a seven
thirtytrain and that you’re headin’
out to Hollywood
Girl you been givin’ me that line so
many times it kinda gets like
feelin’ bad looks good
That kinda lovin’
Turns a man to a slave
That kinda lovin’
Sends a man right to his grave…
I go crazy,
crazy, baby, I go crazy
You turn it on
Then you’re gone
Yeah you drive me
Crazy, crazy, crazy, for you baby
What can I do, honey
I feel like the color blue…”
[Aerosmith
“Crazy”]
6 kwietnia
2008 Książę niezłomny.
Czekam na
Księcia. Nie wypatruję jednak czerwonych rajtek i czapeczki z dzwoneczkami. Nie
stukam palcami, wyglądając za białym rumakiem.Nie oczekuję serenad i tysiąca
błyskotek w darze. Nie chcę żadnego królestwa.
Po prostu
czekam. Na Księcia, który nie będzie palił. Na Księcia, który zna granice
moralności. Na Księcia, który zrozumie, że seks to nie podstawa związku. Na
Księcia, który nie pije sześciopaku piwa dziennie. Na Księcia, który akceptuje
religię katolicką. Na Księcia, który rozumie, że czasem warto się poświęcić. Na
Księcia, który wie, że nauka jest dzisiaj podstawą przyszłości. Na Księcia,
który brzydzi się zdradą i kłamstwem. Na Księcia, który ceni sobie prawdę.
Przyznaję
się bez bicia. Czekam na Księcia, który spełnia powyższe minimalne warunki.
Stawiam za duże wymagania? Przepraszam. To mój
wybór.
„Co obchodzi
Cię jak korzystam z szaleństwa?”
[Happysad
„Czysty jak łza”]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz