13 lipca 2007 - Tam
i z powrotem.
Jutro wyjeżdżam o strasznej godzinie jaką jest siódma.
Oczywiście ja mam tam być o szóstej czterdzieści pięć, więc wyjechać muszę o
szóstej piętnaście. Dlatego muszę wstać o piątej, żeby wszystko przygotować na
ostatni guzik. Już widzę jak rano wstałam. Na pewno. Szczególnie po meczu,
który pewnie się skończy po dwudziestej drugiej….
Jadę na Mazury. Śmieszne jest to, że pół Europy z rodzicami
zwiedziłam, a w ponad połowie Polski nie byłam. :) No więc nadrabiam. Jadę do
Krzyży na obóz sportowy. Będę się uczyła wiosłowania łodzi wiosłowych ( jeszcze
nie wiem jak mają zamiast mnie nauczyć wiosłować w łodzi wiosłowej :) W każdym
razie komiczna jest ta nazwa. ) Ale do rzeczy będę tam trzy tygodnie. Wrócę na
Śląsk do domciu trzeciego sierpnia wieczorem.
Wyjeżdżam znowu piątego sierpnia w nocy. Rodzice dyskutują
godzinę, bo nie wiedzą jeszcze o której, ale koło dwudziestej. Niestety ja nie
jestem pewna czy notka się pojawi, bo przez całe dwa dni obecności w domu będę
prała jak najwięcej ciuchów, żebym mogła jakiekolwiek zabrać na następny urlop.
Jedziemy do znajomych za granicę. Może tam będzie pogoda :) I będziemy wracać
tak koło szesnastego-siedemnastego.
Jeśli to podliczyć to nie będzie mnie ponad miesiąc.
Strasznie długi miesiąc. Mam nadzieję, że wrócę z wakacji cała ( nie w
kawałkach, moja mama się o to modli ).
Jeszcze tak dodam, że na forum bloga chciałabym złożyć
życzenia moim dziadkom, którzy obchodzą dwudziestego pierwszego lipca
pięćdziesięciolecie małżeństwa, tzw. Złote gody. I podziwiam ich, że wytrzymali
ze sobą tyle lat. :) Szkoda, że nie będzie mnie na imprezie, ale ja już będę w
innej części Polski.
Pozdrawiam Was wszystkich i przesyłam pozytywną energię :)
Nie płaczcie za mną, ja wrócę.
Jeśli przeżyję.
________________________________________________________________________
dopisek z 03.08.2006
Przeżyłam.
I było super. :)
Poznałam fantastycznych ludzi.
Zepsułam cztery razy spłuczkę, łóżko mi pękło, prysznic
rozkręciłam.
Grajac mi piłkę nożną zyskałam sobie przezwisko Smolarek.
I udowodniłam, że bez alkoholu można się także świetnie
bawić.
W niedzielę znów wyjeżdżam na dwa tygodnie.
Teraz z rozpaczą patrzę na kupkę wysypanych z torby ubrań,
które musze uprać do niedzieli….
O_O
11 lipca 2007 - (Nie)cichy
i (nie)spokojny On.
Za oknem znowu pada deszcz.
Ja znowu nie potrafię znaleźć swojego miejsca. Chodzę z
pokoju do pokoju. Siadam niezdecydowanie przed komputerem. Skaczę z jednej
strony na drugą.
Wstałam. Przeszłam do kuchni. Opieram głowę i spoglądam
przez okno.
Mam zimne ręce. Przyłożyłam je do rozpalonej twarzy.
Rozpalonej ze wstydu. Uświadomiłam sobie, że za bardzo wierzę. Za bardzo ufam
nadziei. Znowu.
Zakładam skarpetki. I sweter. Zimno mi jest.
W nocy też było mi zimno, mimo tego że byłam pod ciepłą
kołdrą. To serce zimne jak lód ochładzało całe ciało. Ja się zagubiłam.. bo już
sama nie wiem czy to moje serce jest takie.. Czy…
Znowu chodzę po mieszkaniu. Znowu podchodzę do okna.
Niewiele się rozpogodziło, ale przynajmniej już nie pada.
O czwartej nad ranem obudziłam się. Nie mogłam zasnąć.
Wszystko zatoczyło koło. Tłumione uczucia, powróciły z zdwojoną siłą. Olały
moją decyzję.
Przełączam w połowie piosenkę. Leci następna – robię z nią
to samo. Zaczęłam czytać z pięć książek. Nie potrafię się skupić na jednej.
Zaczyna mnie denerwować to moje niezdecydowanie. To, że
rozpoczynam milion rzeczy i nie potrafię żadnej z nich skończyć.
Wiem. Jestem głupia i naiwna. I łatwo mną manipulować.
Jestem szczera aż do bólu i chcę, żeby wszyscy mi bliscy też tacy dla mnie byli.
I boli, że nie zawsze są.
Chaos.
W sercu. W umyśle. Wszędzie.
On nie zatoczył koła. On się nawet nie ruszył. Był i został.
Za niedługo wyjeżdżam. Tylko w torbie mam porządek. Mama
pomogła mi się spakować. ‘On nie może tam rządzić’ jak to określiła.
‘Wystarczy, że sama nim jesteś’ – dodała.
Jest już ze mną tak połączony, że nie widać między nami
różnicy. Zabieram Go ze sobą.
Chaos – przyzwyczaiłam się już.
9 lipca 2007 - Wojenna
ścieżka
Zamknęłam Weronikę w dużym pokoju.
Wywaliłam Justyna na dwór.
Kazałam rodzicom jechać do sklepu.
Wreszcie cisza.
No prawie cisza, bo słyszę fragmenty dialogów bajek.
Ale to się wytnie. :)
Dalej jesteśmy na wojennej ścieżce.
Tylko oni o tym nie wiedzą.
To tylko ja jestem w bojowym nastroju.
_____________________________________________________________________
Nominowana przez Pannę z grzywką nie zostaje mi nic innego
niż napisać co tez w torebce mej jest:
1. szczotka.
ważna rzecz. bez niej w ogóle z domu się nie ruszam.
2. komórka.
druga ważna rzecz. jak się gubię przynajmniej mogę zadzwonić
do mamy i mniej więcej określić jej w której części Polski jestem.
3. mp3.
muzyka towarzyszy mi wszędzie. cisza wystarczy mi w nocy.
4. błyszczyk.
no, też ważna rzecz.
5. portfel.
ładny portfel w dodatku :) pamiątka z komersu z podstawówki.
6. notes i coś piśmienniczego.
przydatne, gdy spotkasz fajnego faceta :)
7. książka.
jak autobus przyjedzie za godzinę, to nawet liczenie ptaków
zaczyna być nudne.
8. woda.
albo Coca-cole light
9. chusteczki.
nos, ręce, oczy i te
sprawy
10. pierdoły.
typu stary bilet
autobusowy, kinowy, papierek po cukierku, rachunek itp.
11. przejściowe rzeczy
papiery – gdy jeździłam do szkół
skarbczyk – gdy idę do kościoła (pobożne ze mnie dziecię
przecie )
mazaki i kartki papieru – gdy idę gdzieś z Weroniką
okulary przeciwsłoneczne – coraz częściej zabierane.
Nie nominuję nikogo, bo jak widać jestem w buntowniczym
nastroju.
8 lipca 2007 - Odwołuję!
O D W O Ł U J Ę ! ! !
To, że fajnie jest mieć rodzeństwo.
To, że cudownie się z nimi mieszka.
To, że zawsze można się do kogoś odezwać.
To, że świetnie się z nimi bawię.
To, że za nic świecie bym się na nich nie zamieniła.
To, że są tacy super.
Odwołuję i koniec.
Wkurzyli mnie.
Mendy jedne.
Teraz to i rodzice mnie denerwują.
Trzymają ich stronę.
Też mendy.
Ja chcę być sama.
Całe mieszkanie do mnie.
Ogłoszenie jest aktywne.
(spójrz ostatni akapit)
Ot i co.
6 lipca 2007 - Nie
i już.
Siedzę przed komputerem. Podpieram ręką opadającą głowę.
Liczy się to, że jestem.
Oto co może złość zrobić – wstałam rano, przed Justynem,
żeby on nie mógł na kompututer wejść. A teraz co? W sumie on tylko uruchomiony
jest i muzyka leci.
Ja przez wpółprzymknięte oczy patrzę przez okno.
Słońce się schowało za ciemnymi chmurami. A wiatr normalnie
sobie imprezkę urządza. Jakoś myśli nie potrafię zebrać. To chyba wina tego
wiatru. Wleciał mi do głowy i zahulał sobie.
Potężne ziewnięcie przerywa mi pisanie. Minimalnie ożywia
mnie. Przetarłam oczy. Co z tego, skoro nie potrafię skupić wzroku na monitorze
– dalej patrzę przez okno.
Nie potrafię myśleć. Jedyne co mi przebiega przez głowę to
słowa piosenek. Z ledwością przypominam sobie jak się nazywam. O dniu miesiąca,
ba jaki jest dzień tygodnia to nie wspomnę. Będzie coś w lipcu i chyba
niedaleko do niedzieli będzie się zbliżało.
Z tęsknotą spoglądam na łóżko. Nie pójdę. Nie ma szans.
Chwytam się ostateniej deski ratunku – idę sobie hebatę zrobić…Ja mogę nawet
leżeć przy tym biurku, byle mu na złość zrobić.
Uparta jestem i już.
2 lipca 2007 - Bo
koło się kręci i kręci..
Wreszcie sama przed sobą przyznałam się, co mi ciąży. Ciężko
było zajrzeć na dno serca i spojrzeć prosto w oczy tej pustce. Bałam się.
Za oknem pada.
Krople płynące po szybie rozpraszają moją uwagę. To tak
jakby chciały powiedzieć: „Ukryj się! Nie musisz się już obawiać, bo z czasem
ten problem spłynie z twojego serca.” Niczym one spływają po szybie. Głupotą
byłoby sądzić, że to – ot tak jak pstryknięcie palcami – zniknie.
Wiatr wieje. Dmucha i chucha. Drzewa się pod nim uginają.
Powoli podchodzę do okna. Przyglądam się samotnym drzewom.
Dochodzi do mnie, że sama muszę się zmierzyć z tym problemem. Tym razem na
nikim się nie opierając. To powinna być moja własna samodzielna decyzja. Nie
będę mogła wskazać na nikogo palcem, wtedy gdy okaże się błędna.
Grzmot. Błyska się.
Boję się. Uczucia zataczają koła. Kręcą się wokół mnie jak
na karuzeli. One nie potrzebują biletów. Wsiadają i są.
Oberwanie chmury. Chociaż wydaje się to niemożliwe – zaczęło
mocniej padać.
Wiem, że to powróci. Przyjdzie i zaskoczy mnie w środku dnia
podczas niby beztroskiej rozmowy. Niespodziewanie zaatakuje na widok znikającej
sylwetki. Spokojnie zaczeka na mnie wieczorem, gdy będę leżała bezsennie w
łóżku.
Burza się oddala. Postraszyła i uciekła.
Jesteśmy bezsilne. Pustka i ja. Ja przeszkadzam jej, ona mi.
Nie potrafimy się siebie pozbyć. I to nie nasza wina. A ta wina nie jest też
niczyja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz