piątek, 12 lipca 2013

Ten z lipcem 2007



               
13 lipca 2007      - Tam i z powrotem.

Jutro wyjeżdżam o strasznej godzinie jaką jest siódma. Oczywiście ja mam tam być o szóstej czterdzieści pięć, więc wyjechać muszę o szóstej piętnaście. Dlatego muszę wstać o piątej, żeby wszystko przygotować na ostatni guzik. Już widzę jak rano wstałam. Na pewno. Szczególnie po meczu, który pewnie się skończy po dwudziestej drugiej….

Jadę na Mazury. Śmieszne jest to, że pół Europy z rodzicami zwiedziłam, a w ponad połowie Polski nie byłam. :) No więc nadrabiam. Jadę do Krzyży na obóz sportowy. Będę się uczyła wiosłowania łodzi wiosłowych ( jeszcze nie wiem jak mają zamiast mnie nauczyć wiosłować w łodzi wiosłowej :) W każdym razie komiczna jest ta nazwa. ) Ale do rzeczy będę tam trzy tygodnie. Wrócę na Śląsk do domciu trzeciego sierpnia wieczorem.

Wyjeżdżam znowu piątego sierpnia w nocy. Rodzice dyskutują godzinę, bo nie wiedzą jeszcze o której, ale koło dwudziestej. Niestety ja nie jestem pewna czy notka się pojawi, bo przez całe dwa dni obecności w domu będę prała jak najwięcej ciuchów, żebym mogła jakiekolwiek zabrać na następny urlop. Jedziemy do znajomych za granicę. Może tam będzie pogoda :) I będziemy wracać tak koło szesnastego-siedemnastego.

Jeśli to podliczyć to nie będzie mnie ponad miesiąc. Strasznie długi miesiąc. Mam nadzieję, że wrócę z wakacji cała ( nie w kawałkach, moja mama się o to modli ).

Jeszcze tak dodam, że na forum bloga chciałabym złożyć życzenia moim dziadkom, którzy obchodzą dwudziestego pierwszego lipca pięćdziesięciolecie małżeństwa, tzw. Złote gody. I podziwiam ich, że wytrzymali ze sobą tyle lat. :) Szkoda, że nie będzie mnie na imprezie, ale ja już będę w innej części Polski.

Pozdrawiam Was wszystkich i przesyłam pozytywną energię :) Nie płaczcie za mną, ja wrócę.

Jeśli przeżyję.





________________________________________________________________________

dopisek z 03.08.2006



Przeżyłam.

I było super. :)

Poznałam fantastycznych ludzi.

Zepsułam cztery razy spłuczkę, łóżko mi pękło, prysznic rozkręciłam.

Grajac mi piłkę nożną zyskałam sobie przezwisko Smolarek.

I udowodniłam, że bez alkoholu można się także świetnie bawić.



W niedzielę znów wyjeżdżam na dwa tygodnie.

Teraz z rozpaczą patrzę na kupkę wysypanych z torby ubrań, które musze uprać do niedzieli….

O_O

11 lipca 2007      - (Nie)cichy i (nie)spokojny On.



Za oknem znowu pada deszcz.



Ja znowu nie potrafię znaleźć swojego miejsca. Chodzę z pokoju do pokoju. Siadam niezdecydowanie przed komputerem. Skaczę z jednej strony na drugą.



Wstałam. Przeszłam do kuchni. Opieram głowę i spoglądam przez okno.



Mam zimne ręce. Przyłożyłam je do rozpalonej twarzy. Rozpalonej ze wstydu. Uświadomiłam sobie, że za bardzo wierzę. Za bardzo ufam nadziei. Znowu.



Zakładam skarpetki. I sweter. Zimno mi jest.



W nocy też było mi zimno, mimo tego że byłam pod ciepłą kołdrą. To serce zimne jak lód ochładzało całe ciało. Ja się zagubiłam.. bo już sama nie wiem czy to moje serce jest takie.. Czy…



Znowu chodzę po mieszkaniu. Znowu podchodzę do okna. Niewiele się rozpogodziło, ale przynajmniej już nie pada.



O czwartej nad ranem obudziłam się. Nie mogłam zasnąć. Wszystko zatoczyło koło. Tłumione uczucia, powróciły z zdwojoną siłą. Olały moją decyzję.



Przełączam w połowie piosenkę. Leci następna – robię z nią to samo. Zaczęłam czytać z pięć książek. Nie potrafię się skupić na jednej.



Zaczyna mnie denerwować to moje niezdecydowanie. To, że rozpoczynam milion rzeczy i nie potrafię żadnej z nich skończyć.



Wiem. Jestem głupia i naiwna. I łatwo mną manipulować. Jestem szczera aż do bólu i chcę, żeby wszyscy mi bliscy też tacy dla mnie byli. I boli, że nie zawsze są.



Chaos.



W sercu. W umyśle. Wszędzie.



On nie zatoczył koła. On się nawet nie ruszył. Był i został.



Za niedługo wyjeżdżam. Tylko w torbie mam porządek. Mama pomogła mi się spakować. ‘On nie może tam rządzić’ jak to określiła. ‘Wystarczy, że sama nim jesteś’ – dodała.



Jest już ze mną tak połączony, że nie widać między nami różnicy. Zabieram Go ze sobą.



Chaos – przyzwyczaiłam się już.


9 lipca 2007         - Wojenna ścieżka



Zamknęłam Weronikę w dużym pokoju.

Wywaliłam Justyna na dwór.

Kazałam rodzicom jechać do sklepu.

Wreszcie cisza.

No prawie cisza, bo słyszę fragmenty dialogów bajek.

Ale to się wytnie. :)



Dalej jesteśmy na wojennej ścieżce.

Tylko oni o tym nie wiedzą.

To tylko ja jestem w bojowym nastroju.



_____________________________________________________________________





Nominowana przez Pannę z grzywką nie zostaje mi nic innego niż napisać co tez w torebce mej jest:

1. szczotka.

ważna rzecz. bez niej w ogóle z domu się nie ruszam.

2. komórka.

druga ważna rzecz. jak się gubię przynajmniej mogę zadzwonić do mamy i mniej więcej określić jej w której części Polski jestem.

3. mp3.

muzyka towarzyszy mi wszędzie. cisza wystarczy mi w nocy.

4. błyszczyk.

no, też ważna rzecz.

5. portfel.

ładny portfel w dodatku :) pamiątka z komersu z podstawówki.

6. notes i coś piśmienniczego.

przydatne, gdy spotkasz fajnego faceta :)

7. książka.

jak autobus przyjedzie za godzinę, to nawet liczenie ptaków zaczyna być nudne.

8. woda.

albo Coca-cole light

9. chusteczki.

 nos, ręce, oczy i te sprawy

10. pierdoły.

 typu stary bilet autobusowy, kinowy, papierek po cukierku, rachunek itp.

11. przejściowe rzeczy

papiery – gdy jeździłam do szkół

skarbczyk – gdy idę do kościoła (pobożne ze mnie dziecię przecie )

mazaki i kartki papieru – gdy idę gdzieś z Weroniką

okulary przeciwsłoneczne – coraz częściej zabierane.



Nie nominuję nikogo, bo jak widać jestem w buntowniczym nastroju.



8 lipca 2007         - Odwołuję!

O D W O Ł U J Ę ! ! !



To, że fajnie jest mieć rodzeństwo.

To, że cudownie się z nimi mieszka.

To, że zawsze można się do kogoś odezwać.

To, że świetnie się z nimi bawię.

To, że za nic świecie bym się na nich nie zamieniła.

To, że są tacy super.



Odwołuję i koniec.

Wkurzyli mnie.

Mendy jedne.

Teraz to i rodzice mnie denerwują.

Trzymają ich stronę.

Też mendy.

Ja chcę być sama.

Całe mieszkanie do mnie.

Ogłoszenie jest aktywne.

(spójrz ostatni akapit)

Ot i co.

6 lipca 2007         - Nie i już.

Siedzę przed komputerem. Podpieram ręką opadającą głowę. Liczy się to, że jestem.



Oto co może złość zrobić – wstałam rano, przed Justynem, żeby on nie mógł na kompututer wejść. A teraz co? W sumie on tylko uruchomiony jest i muzyka leci.



Ja przez wpółprzymknięte oczy patrzę przez okno.



Słońce się schowało za ciemnymi chmurami. A wiatr normalnie sobie imprezkę urządza. Jakoś myśli nie potrafię zebrać. To chyba wina tego wiatru. Wleciał mi do głowy i zahulał sobie.



Potężne ziewnięcie przerywa mi pisanie. Minimalnie ożywia mnie. Przetarłam oczy. Co z tego, skoro nie potrafię skupić wzroku na monitorze – dalej patrzę przez okno.



Nie potrafię myśleć. Jedyne co mi przebiega przez głowę to słowa piosenek. Z ledwością przypominam sobie jak się nazywam. O dniu miesiąca, ba jaki jest dzień tygodnia to nie wspomnę. Będzie coś w lipcu i chyba niedaleko do niedzieli będzie się zbliżało.



Z tęsknotą spoglądam na łóżko. Nie pójdę. Nie ma szans. Chwytam się ostateniej deski ratunku – idę sobie hebatę zrobić…Ja mogę nawet leżeć przy tym biurku, byle mu na złość zrobić.

Uparta jestem i już.



2 lipca 2007         - Bo koło się kręci i kręci..



Wreszcie sama przed sobą przyznałam się, co mi ciąży. Ciężko było zajrzeć na dno serca i spojrzeć prosto w oczy tej pustce. Bałam się.



Za oknem pada.



Krople płynące po szybie rozpraszają moją uwagę. To tak jakby chciały powiedzieć: „Ukryj się! Nie musisz się już obawiać, bo z czasem ten problem spłynie z twojego serca.” Niczym one spływają po szybie. Głupotą byłoby sądzić, że to – ot tak jak pstryknięcie palcami – zniknie.



Wiatr wieje. Dmucha i chucha. Drzewa się pod nim uginają.



Powoli podchodzę do okna. Przyglądam się samotnym drzewom. Dochodzi do mnie, że sama muszę się zmierzyć z tym problemem. Tym razem na nikim się nie opierając. To powinna być moja własna samodzielna decyzja. Nie będę mogła wskazać na nikogo palcem, wtedy gdy okaże się błędna.



Grzmot. Błyska się.



Boję się. Uczucia zataczają koła. Kręcą się wokół mnie jak na karuzeli. One nie potrzebują biletów. Wsiadają i są.



Oberwanie chmury. Chociaż wydaje się to niemożliwe – zaczęło mocniej padać.



Wiem, że to powróci. Przyjdzie i zaskoczy mnie w środku dnia podczas niby beztroskiej rozmowy. Niespodziewanie zaatakuje na widok znikającej sylwetki. Spokojnie zaczeka na mnie wieczorem, gdy będę leżała bezsennie w łóżku.



Burza się oddala. Postraszyła i uciekła.



Jesteśmy bezsilne. Pustka i ja. Ja przeszkadzam jej, ona mi. Nie potrafimy się siebie pozbyć. I to nie nasza wina. A ta wina nie jest też niczyja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz