29 stycznia
2008 Kubeł zimnej wody.
Nie
powiedziałam mu. Kontakt się urwał. Sama nie wiem, czy to dobrze czy źle. W
każdym razie mi to na rękę, bo chwilowo kłopot z głowy.
Byłam na
kopalni. Wstałam w niedzielę o czwartej czterdzieści. Nieprzytomna siedziałam w
gabinecie ojca do siódmej. Potem przeszłam szkolenie i w końcu zjechałam na
głębokość 600 metrów. Stopy mi latały w za dużych gumiokach, które miały
teoretycznie rozmiar 36 jak powiedziała mi pani wydająca ciuchy. Zresztą ciuchy
też były podejrzanej wielkości. Wystarczy powiedzieć, że na pasku zabrakło mi
dziur i zamiast tego musiałam zawiązać go sobie w pętelkę, a nawet ładną
kokardkę potrafiłam zrobić.Kask opadający na oczy i aparat, który niczym
torebkę musiałam zawiesić na ramieniu. Z tą różnicą, że zwykła torebka nie waży
ponad pięć kilo. I tak chodzić z tym czymś przez dwie godziny.
Nastąpiło
to, co nieubłagane: powróciłam do szkoły. Wczoraj jeszcze był tzw. Okres
ochronny, ale dzisiaj chemiczka uznała, że warto by popytać, rzucają hasłem:
„Który dzisiaj jest?” 29. Wtedy doznałam szoku. 29?29?! 29??!! To mój numer z
dziennika!! Panika została posiana, gdy zaczęła czytać nazwiska. Czekałam tylko
na ten moment, aż dojedzie na dół dziennika.Dojechała, ale na szczęście mnie
nie wzięła. Ta sytuacja przynajmniej mnie otrzeźwiła – to już nie ferie.
Dzisiaj na
treningu mi drgnęło serce jak Rolf mnie podniósł i ze śmiechem przerzucił. Ale
postanowienie to postanowienie. A ta cała Jego całuśna dziewoja ma nowego
chłopaka, którego zresztą odbiła w obrzydliwy sposób i jej widok wzbudza teraz
niesmak u wielu dziewczyn.
W ciągu
tygodnia codziennych rannych treningów w końcu nauczyłam trenera, żeby mówił do
mnie Smolarek jak reszta, bo Magd jest bez liku i jak się zawoła: „Magda
bierz!” to oczywiście wszystkie potem się tłumaczą, że nie wiedziały, że to one
miały obić, bo w końcu koło nich tez stoi Magda.
W czwartek
turniej, mam nadzieję, że w tym roku jednak wygramy mistrza. Trzymajcie kciuki.
20 stycznia
2008 (Nie)honorowo.
Ja mam chyba
coś nie tak z rozumem. W ten weekend nakłamałam jednemu facetowi tak, jak nigdy
jakiemukolwiek innemu. A trzeba wziąć pod uwagę także mojego brata, więc to nie
lada wyczyn.
Najważniejsze
pytanie: „Masz chłopaka?”. Z bólem serca odpowiedziałam, że nie. Tak naprawdę
czekałam tylko aż on gdzieś mnie zaprosi,to wtedy mogłabym mu wytłumaczyć, ze
jest super facetem i w ogóle, ale że tonie mój typ, że nic z tego nie będzie. I
na koniec uwalić tekst: „Bądźmy przyjaciółmi.”
„Idziesz na
trening? Bo ja idę jak Ty idziesz..” Takiej okazji nie mogłam przepuścić, chociaż
na jeden trening mogłam pozbyć się jego towarzystwa! Z radością odpisałam mu:
„Ja raczej
nie idę, bo potem jestem umówiona.”
„A z kim
jeśli można wiedzieć??”
„Z kumplem,
bo jedziemy do naszej przyjaciółki na weekend.”
„Aha.”
I ciągnęłam
tą historyjkę z kumplem przez cały weekend. Rezultat? Mam wymyślonego
przyjaciela,który nazywa się Łukasz. Jest on blondynem, wyższym ode mnie,
wysportowanym i w ogóle ideał. Znamy się normalnie od zawsze i się rozumiemy
bez słów. Dokładne przeciwieństwo jego. Ale przede wszystkim to dosłownie tylko
kwestia dni jak będziemy razem, a zastanawiamy się nad tym od paru tygodni,
więc to raczej poważna decyzja.
Obiecałam
sobie, że mu powiem, że nic z tego. Nie, idąc na łatwiznę przez komórkę, sms-a
czy gadu-gadu, tylko prosto w twarz. To dla mojego własnego dobra.
A tak na
marginesie. Gdyby w dodatku mój wymyślony przyjaciel Łukasz,który tak naprawdę
istnieje, dowiedział się, że użyłam jego osoby, żeby wyłgać się facetowi, to
miałabym z lekka jeszcze bardziej przesrane.
15 stycznia
2008 Z przebłyskiem
inteligencji.
Jak ja nie
lubię pisać o niczym.Zgrabnie w paru słowach ująć, co się dzieje, gdy tak
naprawdę nic się nie dzieje. Po prostu świat płynie własnym tempem, a ja
nieustannie szaleję.
Straciłam
ochotę do pisania.Szkoda mi czasu. Wolę powariować na łyżwach i włóczyć się po
mieście. Wreszcie mogę się zabrać do jakiejś książki. Wstać choćby o tej
siódmej rano i przejechać się na ten trening.
Mam ferie i
mam zamiar z nich korzystać. Nie chcę więdnąć przed komputerem, gdzie sadełko
będzie mi się zabierało i oczy będą się psuły. Nie jestem dzieckiem XXI wieku,
mam dość.
Wybaczcie.
„Żyj z
całych sił i uśmiechaj się do ludzi
Bo nie
jesteś sam
[...]
Jak na
deszczu łza,
cały ten
świat nie znaczy nic, o nic
Chwila która
trwa, może być najlepszą z twoich chwil
Najlepszą z
twoich chwil”
[Dżem „Do
kołyski”]
9 stycznia
2008 Ja wiem. I co z tego?
Jak łatwo
jest zakochać się we własnych marzeniach.Wyobrażać sobie niestworzone historie
i problemy, które można z łatwością pokonać. Wystarczy czasem sam uśmiech czy
spojrzenie.
Wzięli mnie
do klasowej drużyny koszykarskiej. Można się już śmiać. Czterech facetów i ja.
Bo jak to określili wuefiści: „ … to mają być zawody koedukacyjne!”. No to
gram, a raczej tworzę tak zwany sztuczny tłum. Dość upierdliwy sztuczny tłum,
jak powiedział później jeden z przeciwników.
Z pierwszego
meczu dość dużo ludzi mnie pamięta. Maturalna cześć szkoły. A dokładnie męska
część. Bo kto potrafi w ciągu niecałych dziesięciu minut wylądować około
dwudziestu razy na ziemi? No, oczywiście tylko ja. Przy drugim meczu, nie dość,
że zdobyłam przychylność sędziego, który przymykał oko nam moje różne takie ,
to dodatkowo Maturalne Ciacho wołało od czasu do czasu: „Smo-la-rek!”,
posyłając jednocześnie uśmiech.
Z Rolfem
sprawa skończona. Na sylwestrze lizał się z moją kumpelą. Dowiedziałam się
przedwczoraj. Wprawdzie po pijanemu, bo po pijanemu,ale się lizał. I żadne
gdybanie w stylu pod tytułem Czy Gdyby Ja Bym Tam Była To Może Wtedy Tą
Dziewczyną Byłabym Ja nie pomoże. Zresztą chyba i tak by nic z tego nie było. I
wydaje mi się, że może i lepiej, że na razie zostanie tak jak jest. Gramy razem
w drużynie koszykarskiej, trenujemy siatkówkę i przede wszystkim chodzimy razem
do klasy.
Zaczynam
wielki Final Countdown:do ferii zostało trzynaście godzin lekcyjnych. Nie
wliczając w-fu to jedenaście. Odliczając lajtowe przedmioty, czyli religię i
informatykę, to osiem. Jeśli historia w piątek będzie taka jak dzisiaj, to
siedem. Obiecał, że z fizyki da nam spokój i zaczniemy nowe temat, to można
sobie odpuścić, a więc sześć. Na polskim będziemy tylko pisać – pięć. Na jednym
z angielskich odda sprawdziany, to uznam, że cztery. Matematykę bardzo lubię,
więc trzy. A WOS z Panem Profesorem to sama przyjemność, wiec dwa. To zostaje
mi tylko nieszczęsna geografia i drugi angielski. Tylko to przeżyć iii….. będą ferie! ^^
4 stycznia
2008 Niestety, tytuł został ugotowany.
A ł a !
Nadepnęłam sobie na mp3.I to akurat wtedy, gdy wgrałam sobie nowe piosenki.
Tylko mnie się to mogło zdarzyć. Buu.. Chlip chlip!
Za tydzień
są ferie, a ja już się rozleniwiłam. W czwartek nie byłam sobie w szkole, bo mi
się zaspało. Trzy budziki przespałam i
nawet jak mnie mama szturchała to niczym zabita byłam. To machnęła na mnie
ręką, gorzej jak tata wrócił z pracy. Ale szlaban mi się upiekł.
Mam wodę z
mózgu. Gdy zaczynam myśleć, woda ta zaczyna się gotować. Chętnie mogę
zaoferować ugotowanie kartofli lub jajecznicy, jeżeli sobie życzycie. Z nosa mi
cieknie, zatoki znów się odzywają, a chusteczek idzie niewiarygodna ilość.
Leków biorę multum, aż dziw że się nie uzależniam, więc mam nadzieję że coś mi
pomogą, bo niektóre są naprawdę obrzydliwe.
Ha! Dostałam
nowe łyżwy pod choinkę! Pól roku szukania nie dość, że rozmiaru 36,5 (słownie:
trzydzieści sześć i pół) i bardzo wąskie, to jeszcze z wysokim podbiciem, ale
opłacało się,bo są boskie! Już na ¾ ferii poumawiałam się z ludźmi na lodowisko.
^^
A. No i mam
trzy tróje. Ból w sercu, bo mogły być dwie, ale z racji mojego czwartkowego
lenistwa są trzy: z chemii, fizyki i geografii. Mam się przejmować tróją z
fizyki?? Phi. Albo tą z chemii? A po kij mi się to przyda. Ale ta geografia
boli.. Ale co tam! Mam sześć z WOK-u i W-fu. Duma rozpiera mnie wielka
Koniec
semestru, więc ja oficjalnie przestałam myśleć. Nieoficjalnie też.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz