sobota, 13 lipca 2013

Ten z listopadem 2007



30 listopada 2007             uhm.

Omg. Rozwiązałam normalnie cały sprawdzian z fizyki.

I oł łał. Dostałam solówkę na jasełkach.


O.o

21 listopada 2007             Posklejać kawałki szkła.

Potykając się w dole, który sama sobie wykopałam, wreszcie przyznałam sama przed sobą, że jestem słaba. Nie jestem twardą skałą i tak naprawdę łatwo mnie złamać. Oglądając „Króla Lwa” za każdym razem płaczę jak bóbr, kiedy Mufasa zostaje zabity albo podczas mojego ulubionego anime Magic Knight Rayearth, kiedy Hikaru wyznaje Lantisowi miłość, myśląc, że on ją nienawidzi. Na widok pająków, uciekam gdzie pieprz rośnie. Mam fobię kapucy, zawsze każdemu muszę ją poprawić po swojemu, nie może wychodzić na zewnątrz. Łatwo wpadam ze skrajności w skrajność. Tak naprawdę ciężko jest mi się śmiać z samej siebie. Trudno jest mi znieść porażkę czy wziąć odpowiedzialność za błędy, które popełniam. Bez  problemu przychodzi mi odseparowanie się od innych. Nietrudno jest mnie zranić głupim słowem czy gestem.



Zawsze myślałam, że to wszystko mnie osłabi. Ukrywałam słabości, bo czułam, że otwierając się przed innymi, uznają mnie za mięczaka i laleczkę Barbie.



Nauczyłam się łączyć słabości z silnymi cechami. Teraz zamiast osłabiać – wzmacniają.



Idąc przez korytarz, śpiewam. Stojąc na schodach, tańczę. Czekając na autobus, ruszam się w takt muzyki. Będąc z T,KJMD, eSeS i Blueee, wariuję.  Odkryłam, że jestem wielofunkcyjna, bo potrafię też robić to wszystko w jednym momencie.



 I już prawie nie przejmuję się facetami, bo od tego najważniejszego mam to co chciałam – autograf z dedykacją : „Ebi dla Magdy.”



„I always cleared impossible hurdle before

just by concentraid,

because I didn’t want to lose yet.

but who’s to blame when it’s not the best…

than I can achieve?”



[ Magic Knight Rayearth opening ]




14 listopada 2007             Strzaskana szklanka

Jestem trudna, wiem. W stosunku do facetów jestem zbyt wymagająca i zbyt krytyczna. Nadszczera i po prostu ciężka do zaakceptowania. Jestem zbyt ciekawska i za wybuchowa, czego skutkiem są moje dzisiejsze stosunki z Panem numer jeden i dzisiejsza kłótnia z Rolfem.



 Rolf nie potrafi znieść porażki, a przegrał mecz, który w dodatku ja sędziowałam. Dość ostra wymiana zdań między mną a Nim, zakłóciła dalszy przebieg gry. Oburzony wydarł się na mnie, a ja nie zamierzałam odpuścić i chłodno mu oświadczyłam, że jak gramy to porządnie i na zasady. Odszedł wściekły, gdy ja rzucałam w Jego plecy gromy i błyskawice.



Chciałabym napisać coś wesołego. Coś co sprawiłoby, że czytając uśmiech będzie sam pojawiał się na twarzy, a śmiech perliście zabrzmi w pokoju. Jednak nie potrafię, bo zamiast widzieć jak zwykle pół szklanki pełnej, widzę ją do połowy pustą.




8 listopada 2007               „Co tam słychać blondi?”

Przedostania ławka, miejsce pod ścianą. Na wprost okno. Głowa mimowolnie opada, szybko więc podpieram ją ręką. Powoli mijają minuty. Ręka drętwieje, głowa wspiera się o ścianę. Lekcja za lekcją mija, a ja wyłączam się…



Uczymy się na błędach. Ja popełniam tyle błędów, że nie nadążam z nauką. A jak już coś do mnie dociera, to i tak oczywiście opuszczam te najważniejsze lekcje. I nie mam jak tego odrobić, bo to tak zwana nieobecność nieusprawiedliwiona.



Przywilej obrażania się należy do kobiet. To my możemy się obrażać bez powodu i o głupoty. A On się obraził. Pan numer jeden się do mnie nie odzywa i bezczelnie ignoruje. A ja „przepraszam” nie mam zamiaru powiedzieć. Przecież nie musze się z niczego tłumaczyć. Powiedziałam prawdę, szczerą prawdę i tylko prawdę. A z Jego punktu widzenia brutalną prawdę, bo wcześniej sobie tego chyba nie uświadomił.



Komórka szaleńczo wibruje w kieszeni. Z szyderczym uśmiechem omijamy z Rolfim jeden z giertychowskich zakazów.



A pod okładcą zeszytu z matematyki Rolfa jest zdjęcie dziewczyny. Ładna brunetka z kręconymi włosami leżąca na plaży. Duża czerwona rozgwiazda położona na jej brzuchu. „Koleżanka” skwitował krótko i szybko odwrócił głowę. Wpatruję się w jej duży i szczery uśmiech i tylko się zastanawiam, co Ona dla Niego znaczy…


3 listopada 2007               Głupota życia.
Ciężko jest pisać szczerze. O wiele łatwiej zawijasami i pobocznymi drogami. Wtedy jakoś mniej boli. Wtedy jak się na to patrzy, to wydaje się to takie odległe i nierzeczywiste. Pisząc, wprost boli. Przed każdym słowem palce się zatrzymują, chcąc dać jeszcze chwilę czy aby na pewno się chce żeby bolało. Dają chwilę do namysłu, której się zwykle nie wykorzystuje.



Trzeba poodkręcać pozakręcane akapity. Tak skomplikowane, bo pisane pod wpływem chwili.



Ich jest dwóch. Ja jestem jedna. Jeden nie potrafi się zdecydować i jest obrażony za mój ostatni sms : „Nie masz szczęścia, że mnie nie widzisz. Trzeba łapać szansę, kiedy jest w zasięgu ręki.” Tylko to było troszeczkę ostrzej. Drugi niby jest zakochany, ale w opisie miał: „A ;*”. Za co ja się nie odzywam, chociaż tak naprawdę nie mam powodu się obrażać, bo nic sobie nie obiecywaliśmy ani nic.



Gdy świeciliśmy na grobach, zobaczyłam mojego brata zapatrzonego w pewien grób. Podeszłam. „ To był mój kolega. Dwa lata starszy.. Zginął na kopalni Halemba w zeszłym roku w tym wybuchu…” Justyn też tak teraz zjeżdża na dół. Tata zjeżdża od ponad dwudziestu pięciu lat. Nie potrafię sobie wyobrazić, że to mogli być oni.



Z innej beczki : Przez godzinę szukałyśmy z Pokemonem jakiejś fajnej knajpy z bilardem. Nic nie znalazłyśmy, więc weszłyśmy do pierwszego lepszego baru. Po obgadaniu wszystkich bieżących spraw, wyciągnęłyśmy karty i zaczęłyśmy grać. Po chwili podchodzi facet i się pyta: „ Dziewczyny skąd macie karty? „Z domu.” Trzeba było widzieć te minę… a i tak wyszło, że my – szesnastolatka i osiemnastolatka – grałyśmy z nimi – dwoma dwudziestosiedmiolatkami i jednam dwudziestoośmiolatkiem. Narąbanymi zresztą nieźle. Chociaż gra była przednia.



Gra z nimi była taka, jaka jest w prawdziwym życiu. Wymyślane zasady na bieżąco i nabijanie się z wszystkiego. Łamanie reguł i kantowanie na każdym kroku. Na krótszą metę wydaje się to zabawne i fajne, ale tak nie jest.



Zachowałam się jak idiotka.



Życie nie jest fair.

2 listopada 2007               W Teatrze Szyderstwa i Negatywnych Uczuć

Położyłam ich na szali. I z niepokojem patrzałam, co się stanie. Powoli szala się przesuwała nieznacznie w stronę Rofliego.

Wracając z Teatru Rozrywki, zobaczyłam na przystanku Pana numer jeden. No, przypuszczałam, że to on. Przemknęło mi przez myśl, czy by go nie podwieź, ale eSeS, T,KJMD siedziały z tyłu, jeszcze z kolegą i nie było miejsca. I tym razem napisałam nieprzypadkowego sms-a, czy to na pewno on.

Gra toczy się dalej. Teraz jest bardziej skomplikowana, a może bardziej klarowna. Ciężko zdecydować. Momentami wręcz jest tak przejrzysta, że to aż śmieszne. Ale czasem wykorzysta się wszystkie koła ratunkowe, a i tak nie wie się, o co chodzi.



Już nigdy nie uwierzę w słowo niewinność. Wszystko, co na początku wydawało się niewinne, w ogóle takie nie było. Ale może to tylko mnie się tak zdarza.

„Możliwe, że tym czymś byłem ja. [...] A Ty na czym byłaś i z kim???” Dwa razy zadane pytanie, nie jest przypadkiem. Wyczerpująca i satysfakcjonująca odpowiedź, bo w końcu w teatrze byłam z eSeS i T,KJMD.

A Rolf wtedy w opisie miał : „A ;*” T,KJMD wysunęła pomysł, że byś może to Jego Mama.

„ [...] Mini mini? To żałuję. Ale masz naiwną mamę, że przyjechała. Ja bym kazał iść na autobus.” Wtedy byśmy jechali razem.

Żałuje, że mnie nie widział w mini mini. Żałuje, że w ogóle mnie nie widział. Obroniłby, gdybym poszła na ten przystanek, w stroju i makijażu, w którym nie wypada chodzić nawet popołudniu.



Wkurzyłam się. Wyrzucając z siebie uczucia, napisałam, że nie ma chłopak szczęścia i trzeba łapać szansę. Tylko w o wiele gorszym stylu. Nawet Blueee mi napisała: „Jeee, ale żeś mu pojechała….”

Szala się przechyla to tu, to tam. Wściekła za opis, zła za Jego żal.

Dzisiaj idę grać w piłkę nożną. Wyżyję się. Aż żal mi moich przyjaciółek. Potem do knajpy na karty, po raz kolejny dać upust złości i wyżalić się Pokemonowi.
  Stałam się jeszcze bardziej nieobliczalna

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz