Jak sam tytuł wskazuje - szukam pracy. Dopiero (albo i już) dwa tygodnie i zaczynam dostrzegać ironię naszego zasranego kraju.
Ironia pierwsza.
Młoda, kreatywna osoba po studiach ma mieć milion lat doświadczenia. Hmm zaraz, zaraz... Podczas studiów pracowałam dorywczo, co wakacje miałam praktyki i staże, niektóre nawet w roku akademickim i..... jeśli dodamy to do tamtego to wychodzi mi ponad rok doświadczenia. Yes! Mogę aplikować! A po chwili nadchodzi opowiedz: brak wymaganego doświadczenia. Niby jak? Ponieważ dla pracodawcy staże i praktyki nie są doświadczeniem zawodowym, a tylko.. no właśnie czym? zapełniaczami czasu na studiach? podnoszeniem kwalifikacji? Doświadczenie to dla nich ciągła praca, której nie mogłam mieć studiując w trybie dziennym.
Ironia druga.
Wszyscy narzekają, że zaścianki przeprowadzają się do Warszawy i innych dużych miast za pracą. Ale jak mamy nie wyjeżdżać, skoro 95% ofert z mojej branży (PR, marketing, komunikacja) jest w Warszawie. Przewijam tylko te oferty i widzę: W-wa, W-wa, W-wa, W-wa,W-wa,W-wa,W-wa,W-wa,W-wa,W-wa,W-wa,W-wa,W-wa,W-wa.. ileż można??? O Katowice!!!! Szybko otwieram i co widzę? 5 lat doświadczenia. Oo-ookeej. Następna. Też Katowice! Znajomość programów graficznych. Myślę sobie spoko - znam podstawy dwóch, a skoro to są "elementy graficzne" to będę w stanie to zrobić. Na miejscu okazuje się, że "elementy graficzne" polegają na tworzeniu i rysowaniu plakatów, ulotek, broszur i katalogów. Znajomość 6 programów graficznych i 4 do montażu filmów. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że pracownik zatrudniony na tym miejscu będzie zarabiał szaloną kwotę wyższą o 100 zł od minimalnej. Yeah! Tyle wygrać.
Ironia trzecia.
Presja. Jedno słowo starczy. Bo w końcu tyle staży, tyle praktyk i tyle znajomości, więc wypadałoby znaleźć pracę w dzień czy dwa. Moi rodzice patrzą, babcia dzwoni i już szlag trafia, gdy trzeba powiedzieć po raz kolejny: "Nie, nic nie mam..". Nie wspominając tu o ich staropolskim myśleniu - wydrukuj CV i chodź od firmy do firmy i błagaj o przyjęcie, to któraś w końcu Cię przyjmie...
Ironia czwarta.
Plan był tworzony, aktualizowany na bieżąco. Ale widzę, że ma dziury. Awaryjny polegał na wyjeździe. Początkowo w planach była Polska i przeprowadzka w granicach. Natomiast teraz porównując wszystko - co się bardziej opłaca: zapierniczać 14h dziennie w Polsce czy 7h za granicą za tą samą pensję?
Czego nauczyłam się dziś? Płakanie w kącie nie znajdzie mi pracy.
Do przemyślenia: co robić?
środa, 16 września 2015
czwartek, 10 września 2015
Ten o stanie zawieszenia
To nie blokada, w głowie zdania same się układały i wyobrażały samopiszące się literki. To lenistwo. Zapanowało w moim życiu. Czy można być wypalonym tak wcześnie?
Potrzebuję zmiany. Teraz, natychmiast. Bo życie korzysta z photoshopa, a ja wciąż nie opanowałam jego obsługi. Jak mam walczyć, gdy nie mam amunicji?
Czasem posiadam więcej pytań niż odpowiedzi. Niebezpiecznie się robi wtedy, gdy nie jestem w stanie wymyślić nawet najgłupszego wyjaśnienia. Jestem właśnie na tej granicy.
Czego nauczyłam się przez te ostatnie miesiące? Mojego planu na życie nikt nie wziął pod uwagę, podczas planowania świata.
Do przemyślenia: co sprawia, że jestem szczęśliwa?
Potrzebuję zmiany. Teraz, natychmiast. Bo życie korzysta z photoshopa, a ja wciąż nie opanowałam jego obsługi. Jak mam walczyć, gdy nie mam amunicji?
Czasem posiadam więcej pytań niż odpowiedzi. Niebezpiecznie się robi wtedy, gdy nie jestem w stanie wymyślić nawet najgłupszego wyjaśnienia. Jestem właśnie na tej granicy.
Czego nauczyłam się przez te ostatnie miesiące? Mojego planu na życie nikt nie wziął pod uwagę, podczas planowania świata.
Do przemyślenia: co sprawia, że jestem szczęśliwa?
piątek, 8 maja 2015
Ten z złamanym prawem autorskim
Duchy przeszłości podpowiadają mi, że powinnam zmienić słowa piosenki dość popularnej wśród amerykańskich nastolatek.
"Let me remind me, this was what I wanted. I ended it. I was all You wanted, but not like this.
All I had to do was stay."
W sumie przeglądając teksty tej piosenkarki, można stworzyć cały dialog porzuconych/zdradzonych/opuszczonych kochanków. Każdemu coś wpasuje się w sytuację.
Czego nauczyłam się dzisiaj? Jest sześć szablonów na określenie, że na giełdzie został osiągnięty szczyt.
Do przemyślenia: czy łapią mnie strachy przed przyszłością?
"Let me remind me, this was what I wanted. I ended it. I was all You wanted, but not like this.
All I had to do was stay."
W sumie przeglądając teksty tej piosenkarki, można stworzyć cały dialog porzuconych/zdradzonych/opuszczonych kochanków. Każdemu coś wpasuje się w sytuację.
Czego nauczyłam się dzisiaj? Jest sześć szablonów na określenie, że na giełdzie został osiągnięty szczyt.
Do przemyślenia: czy łapią mnie strachy przed przyszłością?
niedziela, 3 maja 2015
Ten z analizami
Umieram. Pomalutku. Literka za literką, słowo za słowem. Praca magisterska na przemian z pracą licencjacką wysysają ze mnie życie.
Nie wiem, kto wymyślił te bzdurne przepisywanie. Najgorszy jest fakt, że i tak nikt tego nie będzie czytał. Sprawdzi to pseudopromotor, pseudorecenzent i potem byle jaka obrona z jeszcze gorszym dyplomem. Nie dziwne, że przekleństwa same wychodzą z ust.
Patrzę na te cyferki, tabelki, procenty i aż zatęskniłam za teorią. Tamta część pisała mi się w tempie tornada, znowu analiza idzie jak krew z nosa, a o dziwo lubię cyferki (chociaż być może po tych analizach przestanę..).
Czego nauczyłam się dziś? Szloch, szloch, szloch w duchu.
Do przemyślenia: nic, bo mózg przestaje funkcjonować po wyłączeniu excela.
Nie wiem, kto wymyślił te bzdurne przepisywanie. Najgorszy jest fakt, że i tak nikt tego nie będzie czytał. Sprawdzi to pseudopromotor, pseudorecenzent i potem byle jaka obrona z jeszcze gorszym dyplomem. Nie dziwne, że przekleństwa same wychodzą z ust.
Patrzę na te cyferki, tabelki, procenty i aż zatęskniłam za teorią. Tamta część pisała mi się w tempie tornada, znowu analiza idzie jak krew z nosa, a o dziwo lubię cyferki (chociaż być może po tych analizach przestanę..).
Czego nauczyłam się dziś? Szloch, szloch, szloch w duchu.
Do przemyślenia: nic, bo mózg przestaje funkcjonować po wyłączeniu excela.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Ten w lśnieniu innego
Są takie pomysły, które są rozwiązaniem wszystkiego. Takie, które choćby się waliło, paliło i kurzyło, zawsze wypalą. Wpadają do głowy tak, jakby były w niej zawsze. Kształtowane przez czary nocne, których nie pamięta się rano. Latami dojrzewają i ewoluują, by w końcu uderzyć z ogłuszającą siłą. Siła ta przechodzi w pewność, że nie ma możliwości "że to się nie uda", bo się uda!
Zapisany pomysł, wciąż wydaje się perfekcyjny. Teraz trzeba czekać, żeby inni też uznali jego doskonałość.
Czego nauczyłam się dziś? Dużo obowiązków zmienia osobę chaotyczną w osobę bardzo zorganizowaną, którą nazywają pedantem.
Do przemyślenia: ale że ja?
Zapisany pomysł, wciąż wydaje się perfekcyjny. Teraz trzeba czekać, żeby inni też uznali jego doskonałość.
Czego nauczyłam się dziś? Dużo obowiązków zmienia osobę chaotyczną w osobę bardzo zorganizowaną, którą nazywają pedantem.
Do przemyślenia: ale że ja?
sobota, 4 kwietnia 2015
Ten, w czasie którego się leniuchuje
Czas świąt czasem odpoczynku. Nie trzeba się uczyć - wreszcie! Został więc wzięty głęboki oddech i... zagryzione zęby, bo trzeba pisać równolegle dwie prace dyplomowe i projektować prezentacje kwietniowe. Kora mózgowa odpowiedzialna za pamięć odpoczywa, ale ta kreacyjna wrze.
Czy już zawsze marzec będzie naszą depresją, z którą walczy morze? Zalewani kłótniami i spięciami. Brakiem czasu najbardziej demotywowani. Czasami ledwo jesteśmy w stanie się znieść. Wszystko mija niczym zaczarowane różdżką wraz z pojawieniem się nowego miesiąca. Przypadek czy konsekwencja pewnego wydarzenia? To są fakty wchodzące w obszar o skali tajemniczości równej katastrofy 10. kwietnia czy trójkąta bermudzkiego.
Czego nauczyłam się dziś? Wypalenie nie dotyczy tylko pracy, w związku z czym sama się zdiagnozowałam: wypalona studentka.
Do przemyślenia: czy dam radę do czerwca?
Czy już zawsze marzec będzie naszą depresją, z którą walczy morze? Zalewani kłótniami i spięciami. Brakiem czasu najbardziej demotywowani. Czasami ledwo jesteśmy w stanie się znieść. Wszystko mija niczym zaczarowane różdżką wraz z pojawieniem się nowego miesiąca. Przypadek czy konsekwencja pewnego wydarzenia? To są fakty wchodzące w obszar o skali tajemniczości równej katastrofy 10. kwietnia czy trójkąta bermudzkiego.
Czego nauczyłam się dziś? Wypalenie nie dotyczy tylko pracy, w związku z czym sama się zdiagnozowałam: wypalona studentka.
Do przemyślenia: czy dam radę do czerwca?
poniedziałek, 30 marca 2015
Ten, w którym T9 będzie przeszkadzać
Wizja świąt wcale nie jest miłym obrazkiem, w którym leży się brzuszkiem do góry i zbija przysłowiowe bąki. Słownik sugeruje mi, że powinno zbijać się haki, ale tym razem to ja wiem lepiej.
Praca magisterska i licencjacka przeplatają się treścią, która będzie napisana w Wielki Czwartek i Piątek.
A już pojutrze prima aprilis. Ciekawe ile osób złapie się na tandetny żart pt: "Kochanie, wiem o wszystkim...". Z moich obserwacji wynika, że gdyby taka osoba naprawdę wiedziała, to by nie pisała o tym smsowo, tylko skonfrontowała się bezpośrednio.
A gdzieś tam w głębi serca w chwilach największej słabości czuję że być może nie do końca pogodziłam się ze wszystkim.
Czego nauczyłam się dziś: na trzy różne sposoby powiedzieć w języku angielskim, że cztery lata temu aplikowałam na studia.
Do przemyślenia: kiedy ten erasmusowy ogon wreszcie się skończy?
Do przemyślenia: kiedy ten erasmusowy ogon wreszcie się skończy?
środa, 25 marca 2015
Ten z cyrkiem szaleńców.
Potrzebuję się wyłączyć. Najlepszy sposób, żeby przestać myśleć? Zagłuszyć myśli. W jaki sposób? Muzyką. Nie głośną, ale ogłuszającą. I to nie mdławymi piosenkami o miłości, tylko twardymi bitami, zmiksowanymi kawałkami z tekstem, który nie ma żadnego sensu i znaczenia.
Bum.Bum.Bum.
Ponoć serce dostosowuje się do tempa muzyki. Jeśli tak to moje osiągnęło prędkość rozpędzonego ferrari.
Bum.Bum.Bum.
Witamy w cyrku szaleńców. Istnieje tylko muzyka, nie ma obowiązków. Tutaj wszystko może brzmieć banalnie, a hasłem przewodnim, że jest już brak jutra, tylko przeżyjmy kaca i bawmy się dalej.
Bum.Bum.Bum.
Trzeba ustawić głośniej. Ta jedna myśl obija się po głowie i wydaje głośniejsze dźwięki niż hałas cyrku szaleńców. "To było w tym czasie, gdy miałaś innego."
Ile szczęścia i komu dałaby prawda?
Są takie chwile, w których zamarzam w środku. Paraliżuje mnie od wewnątrz panika. I mózg wrzuca nowy bieg, bo są wyższe obroty myślenia. Od nowa jest analizowana cała sytuacja, od nowa, od nowa i wciąż od nowa. Bo czy postąpiłam dobrze, nigdy się nie dowiem.
Bum. Bum. Bu... piosenka się skończyła. Cisza jest obezwładniająca.
Wiem, komu byłoby lżej. Ale ten ciężar nie zniknie, bo prostu przejdzie na inną osobę. Być może spowoduje dziurę, która tak jak ta w szybie spowoduje sieć pajęczą. Po pewnym czasie krusząc się całkowicie.
Najgorsze jest to, że w takich chwilach jak ta, jestem w stanie wyobrazić sobie życie bez.
Bum. Bum. Bum.
A jeśli ten najbliższy test będzie pozytywny, to życie skomplikuje się bardziej niż to jest możliwe. O ironio, naprostuje to też inne kwestie.
Czego nauczyłam się dziś? Najwyższe obroty, nie są obrotami najbardziej ekonomicznymi, bo nie tylko samochód pada, ale ciało też.
Do przemyślenia: kogo będzie bardziej żal, gdy prawdą stanie się to, co nigdy nie powinno nią się stać?
Bum.Bum.Bum.
Ponoć serce dostosowuje się do tempa muzyki. Jeśli tak to moje osiągnęło prędkość rozpędzonego ferrari.
Bum.Bum.Bum.
Witamy w cyrku szaleńców. Istnieje tylko muzyka, nie ma obowiązków. Tutaj wszystko może brzmieć banalnie, a hasłem przewodnim, że jest już brak jutra, tylko przeżyjmy kaca i bawmy się dalej.
Bum.Bum.Bum.
Trzeba ustawić głośniej. Ta jedna myśl obija się po głowie i wydaje głośniejsze dźwięki niż hałas cyrku szaleńców. "To było w tym czasie, gdy miałaś innego."
Ile szczęścia i komu dałaby prawda?
Są takie chwile, w których zamarzam w środku. Paraliżuje mnie od wewnątrz panika. I mózg wrzuca nowy bieg, bo są wyższe obroty myślenia. Od nowa jest analizowana cała sytuacja, od nowa, od nowa i wciąż od nowa. Bo czy postąpiłam dobrze, nigdy się nie dowiem.
Bum. Bum. Bu... piosenka się skończyła. Cisza jest obezwładniająca.
Wiem, komu byłoby lżej. Ale ten ciężar nie zniknie, bo prostu przejdzie na inną osobę. Być może spowoduje dziurę, która tak jak ta w szybie spowoduje sieć pajęczą. Po pewnym czasie krusząc się całkowicie.
Najgorsze jest to, że w takich chwilach jak ta, jestem w stanie wyobrazić sobie życie bez.
Bum. Bum. Bum.
A jeśli ten najbliższy test będzie pozytywny, to życie skomplikuje się bardziej niż to jest możliwe. O ironio, naprostuje to też inne kwestie.
Czego nauczyłam się dziś? Najwyższe obroty, nie są obrotami najbardziej ekonomicznymi, bo nie tylko samochód pada, ale ciało też.
Do przemyślenia: kogo będzie bardziej żal, gdy prawdą stanie się to, co nigdy nie powinno nią się stać?
poniedziałek, 23 marca 2015
Ten z bólem głowy
Takich pierdół jakie dzisiaj napisałam, dawno nie było.
To przed czym uciekłam do Czech, powróciło i mnie zmiażdżyło. Nie jestem w stanie się podnieść. Czuje się wciąż zmęczona, niewyspana i bez życia.
Pomalutku paraliżuje mnie strach przed przyszłością.
Czego nauczyłam się dziś? Nie wiem, co robić w życiu. Znowu.
Do przemyślenia: nic, bo boli głowa.
To przed czym uciekłam do Czech, powróciło i mnie zmiażdżyło. Nie jestem w stanie się podnieść. Czuje się wciąż zmęczona, niewyspana i bez życia.
Pomalutku paraliżuje mnie strach przed przyszłością.
Czego nauczyłam się dziś? Nie wiem, co robić w życiu. Znowu.
Do przemyślenia: nic, bo boli głowa.
sobota, 7 marca 2015
Ten z odpowiedziami
Kto ma prawo decydowania o moim życiu? Dotychczas myślałam, że ja. Ale moi rodzice są zdeterminowani, żeby udowodnić mi, że jednak oni.
Czytałam artykuł ostatnio o złamanym pokoleniu. Ponoć to te moje, bo łapię się jeszcze w przedział wiekowy 19-24 lata. Jesteśmy niezdecydowani, nie wiemy co robić ze swoim życiem i wszystko olewamy. Zauważyłam tą tendencję, nawet czasami u siebie.
Ciężko zdecydować mając 15 lat, co chce się w życiu robić. Moja droga prowadzi przez wizję o prokuraturze, następnie otworzenie własnej siłowni fitness, dziennikarz, analityk finansowy, w końcu mocniej związałam się z branżą public relations. Po dwóch latach odskocznią było planowanie produkcji. Jednak czuję, że chociaż najlepiej się czuję w PR-rze, to organizacja wydarzeń "leżałaby" mi najlepiej.
Przez te wszystkie poszukiwania drogi cały czas towarzyszyło mi pytanie: "Co chcesz robić? Jak chcesz się utrzymywać?". Rodzicom chyba umykało, że szukałam i testowałam różne zawody przez praktyki, konkursy, staże. Słyszałam, a może to, a może tamto. Wmawianie, że to co ja chcę robić jest bezcelowe. Ich powody? Przede wszystkim brak zrozumienia branży, bo przecież co podziemny górnik i gospodyni domowa mogą wiedzieć o public relations? Wszelkie tłumaczenia w końcu ignorowali. W ich głowach powstała wizja tożsama z zasobami ludzkimi. W końcu się poddałam.
Po powrocie z Czech zaczął się nowy semestr. Niby żadna nowość, ale zaskoczeniem był plan zajęć. Gdybym się uparła na uczelni musiałabym być raz, dwa razy w tygodniu. Pomyślałam sobie, że będę się nudzić, więc warto poszukać czegoś dorywczego, jakiś staż czy płatne praktyki. Zaczęłam szukać, chodzić na rozmowy. Ale powstała jedna wielka przeszkoda: komplikacje poerasmusowe na uczelni i dodatkowe przedmioty do zaliczenia. Usiadłam, przeanalizowałam i podjęłam decyzję: nie szukam pracy, na spokojnie wszystko pozaliczam, wykorzystam wolne, żeby napisać dwie prace dyplomowe i obronię się z dwóch kierunków w terminie. Pełne zadowolenie.
Rodzice nie byli w stanie tego przeboleć. Czemu? Do dzisiaj nie wiem. Na siłę zaczęli szukać mi pracy na portalach internetowych i wśród znajomych. Wici zostały rozpuszczone, więc po chwili dzwonił telefon. Okazja, mogę złożyć papiery tu i tam, zdziwienie, że nie szukam pracy i ostatecznie obraza majestatu, bo przecież ktoś się postarał. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Wyrok: sprzątanie domu i brak rozmów z rodzicielami.
Zaczęło się marudzenie, że tylko się obijam i siedzę przed laptopem. Nie chcieli zobaczyć co dokładnie robię, bo dla nich komputer i internet jest równoznaczny z marnotrawstwem czasu. Postanowili przerzucić się na inny temat: ślub.
Chyba gorszej decyzji nie mogłam podjąć niż wstępna zgoda na salę, którą przypadkiem wracając z kościoła razem znaleźliśmy. Jedyne o czym teraz słyszę to: "sala którą znaleźliśmy", "sala jest super, kiedy robimy coś?". Tylko w tym wypadku to "my" jest różne, bo czasem to tylko oni, czasem to oni i ja, a w jeszcze innych przypadkach oni i ja z narzeczonym. Nie wiem kiedy i dokładnie używają poszczególnego "my", ale nie da im się nic wytłumaczyć.
Od tematyki ślubu niedaleko do tematyki mieszkania. Bo przecież ciocia ma mieszkanie do sprzedania i "my" je zarezerwowaliśmy (tutaj nie było raczej zagadki, które "my" je rezerwowało". Nie szkodzi, że mieszkanie jest delikatnie mówiąc obrzydliwe. Dwa pokoje tak maleńkie, że trzy osoby ledwo się w nich mieszczą, kuchnia tak wąska, że dwie osoby nie przejdą obok siebie (jedna musi wyjść z kuchni i przepuścić drugą), o łazience nawet nie chcę wspominać. Nie szkodzi! Przecież oni z ciocią się dogadali!
Ciężko spełnić wymagania rodziców, którzy zaplanowali sobie całe moje życie. Oni wymarzyli sobie, gdzie będę mieszkać, jak będę pracować i jaki będzie mój ślub. Jest tylko jedno małe ale. Ich wizja nie zgadza się z moją, więc po raz kolejny będę ich rozczarowaniem. Smutne to, ale prawdziwe: przyzwyczaiłam się.
Czego nauczyłam się dziś? Moje życie może i jest moje, ale zaplanowane jest przez kogoś innego, a ja nie zawsze mam wpływ na te plany.
Do przemyślenia: czego potrzebuję, żeby odzyskać władzę?
Czytałam artykuł ostatnio o złamanym pokoleniu. Ponoć to te moje, bo łapię się jeszcze w przedział wiekowy 19-24 lata. Jesteśmy niezdecydowani, nie wiemy co robić ze swoim życiem i wszystko olewamy. Zauważyłam tą tendencję, nawet czasami u siebie.
Ciężko zdecydować mając 15 lat, co chce się w życiu robić. Moja droga prowadzi przez wizję o prokuraturze, następnie otworzenie własnej siłowni fitness, dziennikarz, analityk finansowy, w końcu mocniej związałam się z branżą public relations. Po dwóch latach odskocznią było planowanie produkcji. Jednak czuję, że chociaż najlepiej się czuję w PR-rze, to organizacja wydarzeń "leżałaby" mi najlepiej.
Przez te wszystkie poszukiwania drogi cały czas towarzyszyło mi pytanie: "Co chcesz robić? Jak chcesz się utrzymywać?". Rodzicom chyba umykało, że szukałam i testowałam różne zawody przez praktyki, konkursy, staże. Słyszałam, a może to, a może tamto. Wmawianie, że to co ja chcę robić jest bezcelowe. Ich powody? Przede wszystkim brak zrozumienia branży, bo przecież co podziemny górnik i gospodyni domowa mogą wiedzieć o public relations? Wszelkie tłumaczenia w końcu ignorowali. W ich głowach powstała wizja tożsama z zasobami ludzkimi. W końcu się poddałam.
Po powrocie z Czech zaczął się nowy semestr. Niby żadna nowość, ale zaskoczeniem był plan zajęć. Gdybym się uparła na uczelni musiałabym być raz, dwa razy w tygodniu. Pomyślałam sobie, że będę się nudzić, więc warto poszukać czegoś dorywczego, jakiś staż czy płatne praktyki. Zaczęłam szukać, chodzić na rozmowy. Ale powstała jedna wielka przeszkoda: komplikacje poerasmusowe na uczelni i dodatkowe przedmioty do zaliczenia. Usiadłam, przeanalizowałam i podjęłam decyzję: nie szukam pracy, na spokojnie wszystko pozaliczam, wykorzystam wolne, żeby napisać dwie prace dyplomowe i obronię się z dwóch kierunków w terminie. Pełne zadowolenie.
Rodzice nie byli w stanie tego przeboleć. Czemu? Do dzisiaj nie wiem. Na siłę zaczęli szukać mi pracy na portalach internetowych i wśród znajomych. Wici zostały rozpuszczone, więc po chwili dzwonił telefon. Okazja, mogę złożyć papiery tu i tam, zdziwienie, że nie szukam pracy i ostatecznie obraza majestatu, bo przecież ktoś się postarał. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Wyrok: sprzątanie domu i brak rozmów z rodzicielami.
Zaczęło się marudzenie, że tylko się obijam i siedzę przed laptopem. Nie chcieli zobaczyć co dokładnie robię, bo dla nich komputer i internet jest równoznaczny z marnotrawstwem czasu. Postanowili przerzucić się na inny temat: ślub.
Chyba gorszej decyzji nie mogłam podjąć niż wstępna zgoda na salę, którą przypadkiem wracając z kościoła razem znaleźliśmy. Jedyne o czym teraz słyszę to: "sala którą znaleźliśmy", "sala jest super, kiedy robimy coś?". Tylko w tym wypadku to "my" jest różne, bo czasem to tylko oni, czasem to oni i ja, a w jeszcze innych przypadkach oni i ja z narzeczonym. Nie wiem kiedy i dokładnie używają poszczególnego "my", ale nie da im się nic wytłumaczyć.
Od tematyki ślubu niedaleko do tematyki mieszkania. Bo przecież ciocia ma mieszkanie do sprzedania i "my" je zarezerwowaliśmy (tutaj nie było raczej zagadki, które "my" je rezerwowało". Nie szkodzi, że mieszkanie jest delikatnie mówiąc obrzydliwe. Dwa pokoje tak maleńkie, że trzy osoby ledwo się w nich mieszczą, kuchnia tak wąska, że dwie osoby nie przejdą obok siebie (jedna musi wyjść z kuchni i przepuścić drugą), o łazience nawet nie chcę wspominać. Nie szkodzi! Przecież oni z ciocią się dogadali!
Ciężko spełnić wymagania rodziców, którzy zaplanowali sobie całe moje życie. Oni wymarzyli sobie, gdzie będę mieszkać, jak będę pracować i jaki będzie mój ślub. Jest tylko jedno małe ale. Ich wizja nie zgadza się z moją, więc po raz kolejny będę ich rozczarowaniem. Smutne to, ale prawdziwe: przyzwyczaiłam się.
Czego nauczyłam się dziś? Moje życie może i jest moje, ale zaplanowane jest przez kogoś innego, a ja nie zawsze mam wpływ na te plany.
Do przemyślenia: czego potrzebuję, żeby odzyskać władzę?
niedziela, 1 marca 2015
Ten z gorzkimi słowami
Jak zabrzmi najbardziej egoistyczne zdanie, jakie może wypowiedzieć kobieta w związku? Właśnie mam je na końcu języka.
Może to zabrzmi źle, ale ostatnio czuję, że jest do prawda.
Nudzą mnie głupie wymówki, udawanie braku zainteresowania, gdy tak naprawdę mi zależy.
Boję, się że znowu za dużo napiszę i czytając to po latach, uznam że histeryzowałam. Ale czy tak naprawdę jest? Może po prostu chodzi to o porę roku?
Moja próżność została mile połechtana w piątek. Dwa podrywy na trzy podejścia do baru to dobry wynik, jak na starą zaręczoną dziewczynę. Dało mi to do myślenia, a może byłoby mnie stać na coś lepszego?
Tylko dlaczego wpadło mi to do głowy? Nie wiem, po co w ogóle pytam. Tuzin argumentów wpadło mi do głowy w ciągu sekundy, następne czekają już w kolejce.
Najgłupszy argument czy wymówka zaczyna się standardowo od "a co by było gdyby..", ale rzeczywiście co by było gdybyśmy wtedy się nie pozbierali? Co gdybym zaryzykowała wszystko dla tego, dla którego nie powinnam tego ryzykować? Czy namiastką tego był związek pseudokoleżanki z odbijającym ją chłopakiem? Wytrwali siedem miesięcy i się zaręczyli, po kolejnych trzech już nie są ze sobą, a miało być przecież sto lat.
Może jest to prawdą, że w związki stworzone w młodości i przechodzone w dorosłości, stają się się toksyczne. Nie wiem czy byłabym w stanie żyć bez, ale teraz martwię się, że nie jestem pewna czy jestem w stanie przekonać się czy będą w stanie przeżyć z.
Czego nauczyłam się dziś? Niektóre listy z zaplanowanymi rzeczami nie mogą zostać skreślone.
Do przemyślenia: czy tak powinnam się czuć rok przed planowaną ceremonią?
Może to zabrzmi źle, ale ostatnio czuję, że jest do prawda.
Nudzą mnie głupie wymówki, udawanie braku zainteresowania, gdy tak naprawdę mi zależy.
Boję, się że znowu za dużo napiszę i czytając to po latach, uznam że histeryzowałam. Ale czy tak naprawdę jest? Może po prostu chodzi to o porę roku?
Moja próżność została mile połechtana w piątek. Dwa podrywy na trzy podejścia do baru to dobry wynik, jak na starą zaręczoną dziewczynę. Dało mi to do myślenia, a może byłoby mnie stać na coś lepszego?
Tylko dlaczego wpadło mi to do głowy? Nie wiem, po co w ogóle pytam. Tuzin argumentów wpadło mi do głowy w ciągu sekundy, następne czekają już w kolejce.
Najgłupszy argument czy wymówka zaczyna się standardowo od "a co by było gdyby..", ale rzeczywiście co by było gdybyśmy wtedy się nie pozbierali? Co gdybym zaryzykowała wszystko dla tego, dla którego nie powinnam tego ryzykować? Czy namiastką tego był związek pseudokoleżanki z odbijającym ją chłopakiem? Wytrwali siedem miesięcy i się zaręczyli, po kolejnych trzech już nie są ze sobą, a miało być przecież sto lat.
Może jest to prawdą, że w związki stworzone w młodości i przechodzone w dorosłości, stają się się toksyczne. Nie wiem czy byłabym w stanie żyć bez, ale teraz martwię się, że nie jestem pewna czy jestem w stanie przekonać się czy będą w stanie przeżyć z.
Czego nauczyłam się dziś? Niektóre listy z zaplanowanymi rzeczami nie mogą zostać skreślone.
Do przemyślenia: czy tak powinnam się czuć rok przed planowaną ceremonią?
wtorek, 10 lutego 2015
Ten o starcie w nowe życie
Co z tego, że gwizdek oznajmił start. Niektórzy mieli fory i są już kilometry przed nami. Wiem, że inni nie zdążyli jeszcze zawiązać sznurowadeł. Ale my jesteśmy gotowi, szkoda tylko, że nasze stopy są zacementowane i nie możemy ruszyć.
Jak to możliwe, że jedyne na co nas stać to na kredyt? I jakim cudem niektórzy nazywają nas szczęśliwcami? Przepraszam, ale w którym miejscu ja mam prawo poczuć się szczęśliwa? Bo biorę przereklamowany kredyt na taką ilość lat, które przekraczają liczbę świeczek na moim torcie urodzinowym? Czy dlatego, że jeszcze stać mnie na spłatę raty kredytu? Dlaczego to ma być powód do dumy?
Z całych sił staram się nie nienawidzić ludzi. Polegam, gdy przychodzą do mnie najwięksi złośliwcy i w chamstwie swym pytają słodkim głosem, kiedy ślub, kiedy wyprowadzka, bo oni już wczoraj, dziś i jutro. Szkoda, że zapominają dodać, że za wszystko płacą rodzice.
A ja? Choć się staram i praktycznie wszystkie wakacje przepracowane, staże, praktyki to i tak na koncie szalonych zer nie ma. Rodziców nie stać, żeby drugiemu dziecku kupić mieszkanie i sponsorować wesele. Trzecie będzie miało więcej szczęścia, bo w spadku dostanie dom, a do tego czasu jak ono będzie się hajtało, to zdążą się jakoś odkuć.
Wszystkim ulżyło. Planów zamążpójścia już nie czynię. Nie mam siły przebijać się codziennie na nowo przez mur niechęci. "A jak chcesz za to zapłacić?" i "Gdzie niby zamieszkamy?" spowodowały, że zaczęłam wątpić w własny optymizm.
Przecież wszystkim się udaje, więc dlaczego nam miałoby się nie udać? W czym jesteśmy tacy wyjątkowi, że nie zasługujemy na szarą rzeczywistość? Ja mam swój zestaw kredek, dam sobie radę, tylko potrzebuję szansy, żeby otrzymać choćby pakiet podstawowy...
Czego nauczyłam się dziś? Są pewne marzenia, których nie jesteśmy w stanie spełnić.
Do przemyślenia: czy jest szansa żeby optymista zmienił się w pesymistę?
Jak to możliwe, że jedyne na co nas stać to na kredyt? I jakim cudem niektórzy nazywają nas szczęśliwcami? Przepraszam, ale w którym miejscu ja mam prawo poczuć się szczęśliwa? Bo biorę przereklamowany kredyt na taką ilość lat, które przekraczają liczbę świeczek na moim torcie urodzinowym? Czy dlatego, że jeszcze stać mnie na spłatę raty kredytu? Dlaczego to ma być powód do dumy?
Z całych sił staram się nie nienawidzić ludzi. Polegam, gdy przychodzą do mnie najwięksi złośliwcy i w chamstwie swym pytają słodkim głosem, kiedy ślub, kiedy wyprowadzka, bo oni już wczoraj, dziś i jutro. Szkoda, że zapominają dodać, że za wszystko płacą rodzice.
A ja? Choć się staram i praktycznie wszystkie wakacje przepracowane, staże, praktyki to i tak na koncie szalonych zer nie ma. Rodziców nie stać, żeby drugiemu dziecku kupić mieszkanie i sponsorować wesele. Trzecie będzie miało więcej szczęścia, bo w spadku dostanie dom, a do tego czasu jak ono będzie się hajtało, to zdążą się jakoś odkuć.
Wszystkim ulżyło. Planów zamążpójścia już nie czynię. Nie mam siły przebijać się codziennie na nowo przez mur niechęci. "A jak chcesz za to zapłacić?" i "Gdzie niby zamieszkamy?" spowodowały, że zaczęłam wątpić w własny optymizm.
Przecież wszystkim się udaje, więc dlaczego nam miałoby się nie udać? W czym jesteśmy tacy wyjątkowi, że nie zasługujemy na szarą rzeczywistość? Ja mam swój zestaw kredek, dam sobie radę, tylko potrzebuję szansy, żeby otrzymać choćby pakiet podstawowy...
Czego nauczyłam się dziś? Są pewne marzenia, których nie jesteśmy w stanie spełnić.
Do przemyślenia: czy jest szansa żeby optymista zmienił się w pesymistę?
niedziela, 8 lutego 2015
Ten rozpoczynający monopol na temat weselny
Wszystko byłoby dużo prostsze, gdybyśmy wybudowali własny dom weselny. Z moich obserwacji wynika, że tylko on spełni moje wymagania. A przecież one nie są tak wysokie czy absurdalne jak zdarzyło się powiedzieć to mojemu ojcu.
Okrągłe stoliki, ogród, na uboczu, do 30 minut samochodem to wcale nie są warunki nie do spełnienia. Szukam, szukam, szukam, chociaż bardzo chciałabym się już poddać. Najgorsze jest to, że to jest dopiero początek.
Kusi, naprawdę kusi, nieorganizowanie wszystkiego. Tym bardziej, że jest coraz więcej przeciwności niż pomocy.
Urozmaicenie monopolu: walczę z dwoma pracami. Ból dupy mocno ściska.
Czego nauczyłam się dziś: bezczelnie plagiatować w taki sposób, żeby nikt nie wiedział, że to plagiat. Brawo!
Do przemyślenia: czy naprawdę chcę dokładać na swoje barki dodatkową robotę?
Okrągłe stoliki, ogród, na uboczu, do 30 minut samochodem to wcale nie są warunki nie do spełnienia. Szukam, szukam, szukam, chociaż bardzo chciałabym się już poddać. Najgorsze jest to, że to jest dopiero początek.
Kusi, naprawdę kusi, nieorganizowanie wszystkiego. Tym bardziej, że jest coraz więcej przeciwności niż pomocy.
Urozmaicenie monopolu: walczę z dwoma pracami. Ból dupy mocno ściska.
Czego nauczyłam się dziś: bezczelnie plagiatować w taki sposób, żeby nikt nie wiedział, że to plagiat. Brawo!
Do przemyślenia: czy naprawdę chcę dokładać na swoje barki dodatkową robotę?
wtorek, 27 stycznia 2015
Ten z teorią przerw
O ironio, dostosowani do przerw, nie potrafimy się odnaleźć w starej rzeczywistości.
Przywrócony dwudziestoczterogodzinny kontakt powoduje większą przepaść w relacjach niż kontakt godzinny kontakt przez dwa dni.
Przestaliśmy cenić czas spędzony w swoim towarzystwie. Wydaje się jakby to miał być kolejny obowiązek. Zabójca związków.
Dlaczego ja się mam starać i dbać, a on może wyglądać i zachowywać się jakby mu nie zależało? Niektórych marzeń nie spełnimy.
Czego nauczyłam się dziś? Z smutku ciężko wyjść.
Do przemyślenia: niektóre marzenia wypada porzucić?
Przywrócony dwudziestoczterogodzinny kontakt powoduje większą przepaść w relacjach niż kontakt godzinny kontakt przez dwa dni.
Przestaliśmy cenić czas spędzony w swoim towarzystwie. Wydaje się jakby to miał być kolejny obowiązek. Zabójca związków.
Dlaczego ja się mam starać i dbać, a on może wyglądać i zachowywać się jakby mu nie zależało? Niektórych marzeń nie spełnimy.
Czego nauczyłam się dziś? Z smutku ciężko wyjść.
Do przemyślenia: niektóre marzenia wypada porzucić?
piątek, 23 stycznia 2015
Ten z poerasmusowym syndromem depresyjnym
Dzień szósty.
Już w domu. Już koniec. Wszystko wydaje się tylko snem. Tego naprawdę nie było. Zdjęcia są fotomontażem, a facebook głupim spisem osób. Katalog person, które myślałam, że znam/znałam/znać już nie będę. Czy to naprawdę jest możliwe?
Przyjaźnie na pięć minut i trzydzieści sekund. Za późno rozpoczęte, za wcześnie zakończone. Nie chcę sprawdzać, czy usłyszę "Cześć" przy przypadkowym spotkaniu na rynku w jakiejś zagranicznej stolicy. Nie, żebym miała zamiar polować i szukać "przypadkowych sytuacji". Nie wiem jak los musiałby mocno nadwyrężyć swoje siły, żeby dwie osoby przypadkowo poznane na przypadkowym wyjeździe przypadkowo spotkały się na przypadkowym mieście na przypadkowej wycieczce. Za dużo tych przypadków, gdyby los był człowiek jego mózg wypływałby już uszami.
Coś wspaniałego zawsze kończy się w sposób nieestetyczny/niedelikatny/niewytworny. Niewłaściwego nie można skreślić, gdyż wszystkie te epitety są na miejscu.
Z drugiej strony, mogę powrócić do rozmów "na poziomie". Konwersacji, które nie zaczynają się już epickim "Let's get really drunk" czy "Tomorrow hangover!". Teraz aktualnie jest: "Już wróciłaś?" łamane przez "Jak było?". Dwa najgorsze pytania. Jak mogłabym nie wrócić, skoro stoję przed drugą osobą w swojej rzeczywistej postaci. To przecież nie jest mój hologram, ta technologia nie jest jeszcze obecna w naszych czasach. Być może za trzydzieści lat będziemy rozmawiać przez telefon hologramami. Jaki jest sens zadawania pytania, skoro odpowiedź czai się tuż pod nosem, nie za rogiem, który może być dość daleko, ale pod bliziutkim nosem. Paradoks latarni, gdzie jest najciemniej, chyba można zamienić na nos.
Drugie pytanie jest torturą. Osoby, które je zadają, w większości nie są tego świadome. A to pytanie boli, boli jak mały ostry nóż rybaków wbijany powolnym tempem w plecy. Niezapomniany zakrzywiony czy zahaczykowany koniec tego narzędzia powoduje bezdech. W celu ocalenia swojego niewinnego życia, trzeba wziąć głęboki oddech, który wypala płuca (oczywiście nie przebiega to bezboleśnie), uśmiechnąć się i wypowiedzieć: "Fantastycznie!". I obserwować, jak zadający pytanie odwraca się już plecami. Przecież nie jest wielką tajemnicą, że tak naprawdę nic a nic go to nie obchodzi. Formalność została załatwiona, "byłam/em miła/y, jestem zajebista/y, że pamiętałam/em że wyjechałaś na Erasmusa, a teraz mój poziom zajebistości osiągnął nowy poziom, bo w swej wspaniałomyślności zapytałam/em jak było, sugerując, że gdzieś tam w głębi duszy troszczę się o wszystkich ludzi, także o ciebie".
Depresja. Depresja. Depresja. Powrót na garnuszek rodziców trudniejszy niż kiedykolwiek przyznam się przed kimkolwiek.Okupowanie łazienki, wspólne obiady, marudzenie o porze kładzenia się spać powoduje skowyt nocny i bezsenność.
To właśnie noce udowadniają mi, jakimi potrafią być sukami. To już nie jest zwykły nóż z głupim zakrzywionym końcem. To są długie, cienkie igły wbijane w każdy mięsień, powodujące paraliż.
O ironio, strach przed wyjazdem, zmienił się w strach przed powrotem, a następnie wyewoluował w ból. Ból tak wielki, że odważę się go porównać do śmierci bliskiej osoby. Tylko ta osoba tak naprawdę składała się z trzydziestu cząstek, które przez cztery miesiące stały się nową rodziną. Obecną każdego dnia, podtrzymującą na duchu i dzielącą się uśmiechem. Zostało to wyrwane z serca, zerwane jednorazowo niczym plaster. Nie było oficjalnego pogrzebu, bo przecież po co? Istnieje katalog, w którym można się przeglądać. Szkoda, że jest on tak nierzeczywisty jak katalog sklepu meblarskiego, w którym przedstawiona jest wesoła rodzinka.
Dla uspokojenia, współczesny internetowy lekarz, czyli ja, przepisał mi dawkę muzyki klasycznej. Głębokie oddechy przy Adagio for strings, zamknięte oczy podczas Nocturne No.2. Pomaga, zapomniałam o mojej miłości do skrzypiec i pianina.
Czego nauczyłam się dziś? Reorganizacja życia wychodzi na dobre, tylko wtedy gdy trzymamy się jej ściśle. Bo jaki jest sens przewracania wszystkiego do góry nogami, skoro po paru miesiącach wraca się dokładnie do tego co było?
Do przemyślenia: jak długo utrzymam ten fałszywy stan?
Już w domu. Już koniec. Wszystko wydaje się tylko snem. Tego naprawdę nie było. Zdjęcia są fotomontażem, a facebook głupim spisem osób. Katalog person, które myślałam, że znam/znałam/znać już nie będę. Czy to naprawdę jest możliwe?
Przyjaźnie na pięć minut i trzydzieści sekund. Za późno rozpoczęte, za wcześnie zakończone. Nie chcę sprawdzać, czy usłyszę "Cześć" przy przypadkowym spotkaniu na rynku w jakiejś zagranicznej stolicy. Nie, żebym miała zamiar polować i szukać "przypadkowych sytuacji". Nie wiem jak los musiałby mocno nadwyrężyć swoje siły, żeby dwie osoby przypadkowo poznane na przypadkowym wyjeździe przypadkowo spotkały się na przypadkowym mieście na przypadkowej wycieczce. Za dużo tych przypadków, gdyby los był człowiek jego mózg wypływałby już uszami.
Coś wspaniałego zawsze kończy się w sposób nieestetyczny/niedelikatny/niewytworny. Niewłaściwego nie można skreślić, gdyż wszystkie te epitety są na miejscu.
Z drugiej strony, mogę powrócić do rozmów "na poziomie". Konwersacji, które nie zaczynają się już epickim "Let's get really drunk" czy "Tomorrow hangover!". Teraz aktualnie jest: "Już wróciłaś?" łamane przez "Jak było?". Dwa najgorsze pytania. Jak mogłabym nie wrócić, skoro stoję przed drugą osobą w swojej rzeczywistej postaci. To przecież nie jest mój hologram, ta technologia nie jest jeszcze obecna w naszych czasach. Być może za trzydzieści lat będziemy rozmawiać przez telefon hologramami. Jaki jest sens zadawania pytania, skoro odpowiedź czai się tuż pod nosem, nie za rogiem, który może być dość daleko, ale pod bliziutkim nosem. Paradoks latarni, gdzie jest najciemniej, chyba można zamienić na nos.
Drugie pytanie jest torturą. Osoby, które je zadają, w większości nie są tego świadome. A to pytanie boli, boli jak mały ostry nóż rybaków wbijany powolnym tempem w plecy. Niezapomniany zakrzywiony czy zahaczykowany koniec tego narzędzia powoduje bezdech. W celu ocalenia swojego niewinnego życia, trzeba wziąć głęboki oddech, który wypala płuca (oczywiście nie przebiega to bezboleśnie), uśmiechnąć się i wypowiedzieć: "Fantastycznie!". I obserwować, jak zadający pytanie odwraca się już plecami. Przecież nie jest wielką tajemnicą, że tak naprawdę nic a nic go to nie obchodzi. Formalność została załatwiona, "byłam/em miła/y, jestem zajebista/y, że pamiętałam/em że wyjechałaś na Erasmusa, a teraz mój poziom zajebistości osiągnął nowy poziom, bo w swej wspaniałomyślności zapytałam/em jak było, sugerując, że gdzieś tam w głębi duszy troszczę się o wszystkich ludzi, także o ciebie".
Depresja. Depresja. Depresja. Powrót na garnuszek rodziców trudniejszy niż kiedykolwiek przyznam się przed kimkolwiek.Okupowanie łazienki, wspólne obiady, marudzenie o porze kładzenia się spać powoduje skowyt nocny i bezsenność.
To właśnie noce udowadniają mi, jakimi potrafią być sukami. To już nie jest zwykły nóż z głupim zakrzywionym końcem. To są długie, cienkie igły wbijane w każdy mięsień, powodujące paraliż.
O ironio, strach przed wyjazdem, zmienił się w strach przed powrotem, a następnie wyewoluował w ból. Ból tak wielki, że odważę się go porównać do śmierci bliskiej osoby. Tylko ta osoba tak naprawdę składała się z trzydziestu cząstek, które przez cztery miesiące stały się nową rodziną. Obecną każdego dnia, podtrzymującą na duchu i dzielącą się uśmiechem. Zostało to wyrwane z serca, zerwane jednorazowo niczym plaster. Nie było oficjalnego pogrzebu, bo przecież po co? Istnieje katalog, w którym można się przeglądać. Szkoda, że jest on tak nierzeczywisty jak katalog sklepu meblarskiego, w którym przedstawiona jest wesoła rodzinka.
Dla uspokojenia, współczesny internetowy lekarz, czyli ja, przepisał mi dawkę muzyki klasycznej. Głębokie oddechy przy Adagio for strings, zamknięte oczy podczas Nocturne No.2. Pomaga, zapomniałam o mojej miłości do skrzypiec i pianina.
Czego nauczyłam się dziś? Reorganizacja życia wychodzi na dobre, tylko wtedy gdy trzymamy się jej ściśle. Bo jaki jest sens przewracania wszystkiego do góry nogami, skoro po paru miesiącach wraca się dokładnie do tego co było?
Do przemyślenia: jak długo utrzymam ten fałszywy stan?
środa, 7 stycznia 2015
Ten z przytupem
Postanowienia wciąż nie podjęte, jakoś nie mam natchnienia. Rzeczywistość dogania mnie szybciej niż bym tego chciała. Pieniądze mają większy wpływ na szczęście niż przypuszczałam. Szkoda, że ich ilość topnieje wraz z ilością zabawy.
Ostatnie tygodnie i dni erasmusowego snu. Bańka niestety nie pęknie bezboleśnie.
Czego nauczyłam się dziś? Ciężko zebrać się do kupy, szczególnie po tak dobrym odpoczynku.
Do przemyślenia: co do cholery stało się z moją motywacją?
Ostatnie tygodnie i dni erasmusowego snu. Bańka niestety nie pęknie bezboleśnie.
Czego nauczyłam się dziś? Ciężko zebrać się do kupy, szczególnie po tak dobrym odpoczynku.
Do przemyślenia: co do cholery stało się z moją motywacją?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)