Jak sam tytuł wskazuje - szukam pracy. Dopiero (albo i już) dwa tygodnie i zaczynam dostrzegać ironię naszego zasranego kraju.
Ironia pierwsza.
Młoda, kreatywna osoba po studiach ma mieć milion lat doświadczenia. Hmm zaraz, zaraz... Podczas studiów pracowałam dorywczo, co wakacje miałam praktyki i staże, niektóre nawet w roku akademickim i..... jeśli dodamy to do tamtego to wychodzi mi ponad rok doświadczenia. Yes! Mogę aplikować! A po chwili nadchodzi opowiedz: brak wymaganego doświadczenia. Niby jak? Ponieważ dla pracodawcy staże i praktyki nie są doświadczeniem zawodowym, a tylko.. no właśnie czym? zapełniaczami czasu na studiach? podnoszeniem kwalifikacji? Doświadczenie to dla nich ciągła praca, której nie mogłam mieć studiując w trybie dziennym.
Ironia druga.
Wszyscy narzekają, że zaścianki przeprowadzają się do Warszawy i innych dużych miast za pracą. Ale jak mamy nie wyjeżdżać, skoro 95% ofert z mojej branży (PR, marketing, komunikacja) jest w Warszawie. Przewijam tylko te oferty i widzę: W-wa, W-wa, W-wa, W-wa,W-wa,W-wa,W-wa,W-wa,W-wa,W-wa,W-wa,W-wa,W-wa,W-wa.. ileż można??? O Katowice!!!! Szybko otwieram i co widzę? 5 lat doświadczenia. Oo-ookeej. Następna. Też Katowice! Znajomość programów graficznych. Myślę sobie spoko - znam podstawy dwóch, a skoro to są "elementy graficzne" to będę w stanie to zrobić. Na miejscu okazuje się, że "elementy graficzne" polegają na tworzeniu i rysowaniu plakatów, ulotek, broszur i katalogów. Znajomość 6 programów graficznych i 4 do montażu filmów. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że pracownik zatrudniony na tym miejscu będzie zarabiał szaloną kwotę wyższą o 100 zł od minimalnej. Yeah! Tyle wygrać.
Ironia trzecia.
Presja. Jedno słowo starczy. Bo w końcu tyle staży, tyle praktyk i tyle znajomości, więc wypadałoby znaleźć pracę w dzień czy dwa. Moi rodzice patrzą, babcia dzwoni i już szlag trafia, gdy trzeba powiedzieć po raz kolejny: "Nie, nic nie mam..". Nie wspominając tu o ich staropolskim myśleniu - wydrukuj CV i chodź od firmy do firmy i błagaj o przyjęcie, to któraś w końcu Cię przyjmie...
Ironia czwarta.
Plan był tworzony, aktualizowany na bieżąco. Ale widzę, że ma dziury. Awaryjny polegał na wyjeździe. Początkowo w planach była Polska i przeprowadzka w granicach. Natomiast teraz porównując wszystko - co się bardziej opłaca: zapierniczać 14h dziennie w Polsce czy 7h za granicą za tą samą pensję?
Czego nauczyłam się dziś? Płakanie w kącie nie znajdzie mi pracy.
Do przemyślenia: co robić?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz