Wszystko toczyło się po równi pochyłej. Kolejne etapy odhaczane tak, jak to powinno być. Trudy wspólnego mieszkania, różnic w zdaniu w planowaniu ślubu, sama uroczystość i dotychczas największa i najpoważniejsza decyzja: co robimy dalej?
Analizowaliśmy naszą sytuację nie raz i nie dwa. Kusi mnie wyjazd, spakowanie walizek i wyjazd, im dalej tym lepiej. Ale gdzieś w głębi serca jest lęk - tam będziemy zupełnie sami. Chociaż bardziej przeraża to chyba Jego niż mnie. Ironicznie to On naciskał kiedyś bardziej na wyjazd, a ja chciałam zostać. Jak widać wszystko się może odwrócić o 180 stopni.
Czekamy na podjęcie kolejnej ważnej decyzji, nie zależy ona jednak od nas.
Jedyne co sunie się na usta to: "Time is a bitch.".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz