Dzisiejszy dzień jest do niczego. Mógłby się nigdy nie odbyć. Schować się głęboko w leśnej chatce i siedzieć sobie przez całą wieczność, grzejąc swoje nóżki przy kominku i pijąc kakao. W sumie mógłby leniuchować razem z semestrem zimowym. On też się nie popisał. Semestr letni dobrze się jeszcze nie zaczął, a już dał popalić. Pewnie razem z stypendium dołączą do zamku łez i nieszczęścia. Może ten letni jeszcze trochę zawalczy o siebie, ale stypendium spakowało swoje walizki, napisało list pożegnalny i wykupiło już bilet, oczywiście w jedną stronę.
Niby student bez poprawki jest jak żołnierz bez karabinu. Jakoś przez cztery lata bez tego karabinu radziłam sobie świetnie, a teraz z przymusu dostałam w brzydko opakowanym prezencie.
Czemu się łudzę, że jednak piszę to dla kogoś? Znaleźć wpisy bez danych, treści czy autora powinno być dość ciężkie, nieprawdaż? Więc dlaczego wciąż wydaje mi się inaczej? Raczej mocno w głowę się uderzyć.
Czego nauczyłam się dziś? Tak jak rosła we mnie wewnętrzna nienawiść do Komercyjnego Kina, tak teraz rośnie ona do uczelni.
Do przemyślenia: czy jeżeli pozbywa się jednego obiektu nienawiści, czy ta nienawiść przechodzi na inny obiekt?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz