Jestem załamana niekompetencją, brakiem odpowiedzialności, zachowaniem godnym przedszkolaka, głupotą i poziomem idiotyzmu, który prezentują ludzie na mojej uczelni, a w szczególności w mojej organizacji.
Ostatnio jestem ratownikiem. Koordynatorzy rozpoczynają akcję i zostawiają ją. A ona sobie leży w gównie i obumiera. Nagle budzą się: "O rany! Zostały dwa tygodnie do akcji a my nic nie mamy!" i co robią? Dzwonią do mnie. I ja muszę reanimować akcję. Jedną się udało, drugiej nie dałyśmy już rady. Mam ochotę wyrzucić ludzi na zbity pysk.
Lobbying przeciwko prezesowi trwa. Przykre, że zmiany które wreszcie
popchnęły organizację w przód, chcą być zahamowane przez stary zarząd. Twarde prawo, lecz prawo - tą zasadą teraz się kierujemy. Jeżeli reszta nie chce się dostosować, to za współpracę podziękujemy.
Czego nauczyłam się dziś? Będę żyć krócej i gorzej. Klnę jak szewc i tylko się denerwuję, a najbliższym terminem z perspektywą wyspania się jest wigilia Wigilii.
Do przemyślenia: czy tym wszystkim po prostu nie pierdolnąć?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz