Walka na prezenty się rozpoczęła. Toczy się na dwóch ringach. Na pierwszym, gdzie zwycięstwem jest większa uwaga wnuczka/chrześniaka (właściwe dla siebie skreślić) odpowiednio w lewym rogu rodzice kontra prawy róg, czyli ja. Oni walczą kasą, ja pomysłowością. Sędzią naszego pojedynku jest już nie Śisiś, tylko Ma-Ti. Ma-Ti, który potrafi wreszcie powiedzieć prawidłowo ciocia.
Ring z numerem drugim, nie jest walką wręcz, nie jest brutalny ani ciekawy. Ja i On. Każde z nas nie wie, co kupić, za ile kupić, ale przecież wypada kupić, fajnie kupić i super dostać.
Marzą mi się rządy absolutne. Mam ochotę zostać dyktatorem i z hukiem wyrzucić niektóre osoby. Szczególnie te, które chcą mnie oszukać.
Komercyjne Kino po raz kolejny mnie zaskoczyło. Oczywiście w negatywnym sensie, bo w pozytywnym raczej nigdy mnie już nie zaskoczy. Nie pozwalają mi się zwolnić. W wtorek kolejna rozmowa. Dno dna jest zbyt płytkie, by określić jak nimi gardzę i jak udało im się po raz kolejny udowodnić, że jednak jest niższy poziom niż ten który sobą reprezentują.
Kusi mnie, żeby wysłać "Wesołych Świąt". Chociaż spojrzenie zinterpretowane przez mnie jako pełne nienawiści, skutecznie odstrasza. Nie wiem, kto miałby większy ubaw lub kogo bardziej by to zabolało.
Czego nauczyłam się dziś? Pomalutku wkraczam w niebezpieczne rejony, w których nie posiadam energii.
Do przemyślenia: jak przygotować się psychicznie na rekomendacje i już czwartą próbę, gdy trzy poprzednie były katastrofami?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz