Jeszcze nigdy sesja nie szła mi aż tak źle. Niby wszystko zaliczone so far, jakby powiedzieli to w firmie. Jednak oceny moje są tak żałosne, że wstyd na nie aż patrzeć. Syndrom kujona - nie potrafię się cieszyć z czegoś poniżej 4,5. Jestem chora na umyśle.
Powinnam się cieszyć, że prawie udało mi się zamknąć dwie sesje za jednym zamachem. Przecież połowa ludzi z ledwością potrafi zaliczyć kilka egzaminów i to jeszcze w kilku podejściach. Ten niesmak powinien zniknąć, przecież liczy się zaliczenie, a nie to, że jest "ino czi". Mimo wszystko nie potrafię spojrzeć bez wstydu na oceny, które posiadam. W gimnazjalno-licealnym slangu: żenua.
Tylko teraz można się zastanawiać, czego będzie to zażenowanie dotyczyć: ocen czy zachowania?
Czego nauczyłam się dziś? W deszczu na motocyklu się nie jeździ, bo potem i pupa mokra.
Do przemyślenia: a może tak tabelka plusowo-minusowo-wyjazdowa?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz