Czytam książki autorów, którzy mocno popili albo tak się zjarali, że nie wiedzieli o czym piszą. Muzyka popularna jest be, Barbie jest drag queen i to w jaki sposób funkcjonuję wykreowane jest przez McDonald'sa. Za mało wypiłam i za mała zjarałam się ja, żebym mogła to zrozumieć.
Moje fałszywe potrzeby są zaspokajane przez muzykę popularną. Jak dla mnie może być, pod warunkiem, że to Happysad odrywa mnie od rzeczywistości. Razem z Birdy, One Republic, Green Day czy też Maroon 5.
W ogóle jestem niesklasyfikowanym przypadkiem. Jak mogę łączyć ten "szit" z muzyką poważną? I okazuje się, że wcale nie ja mam wąskie horyzonty, tylko Strinati. Aż zanucić się chce: SIĘ DA!
Wciąż czuję juwenaliowe podniecenie. Niezaspokojony ból podbrzusza będzie ciągnął się pewnie aż do wakacji.
Czego nauczyłam się dziś? Nie zawsze chce się być tym dobrym.
Do przemyślenia: gadatliwą znów się staję?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz