poniedziałek, 30 marca 2015

Ten, w którym T9 będzie przeszkadzać

Wizja świąt wcale nie jest miłym obrazkiem, w którym leży się brzuszkiem do góry i zbija przysłowiowe bąki. Słownik sugeruje mi, że powinno zbijać się haki, ale tym razem to ja wiem lepiej.
Praca magisterska i licencjacka przeplatają się treścią, która będzie napisana w Wielki Czwartek i Piątek.
A już pojutrze prima aprilis. Ciekawe ile osób złapie się na tandetny żart pt: "Kochanie,  wiem o wszystkim...". Z moich obserwacji wynika, że gdyby taka osoba naprawdę wiedziała, to by nie pisała o tym smsowo,  tylko skonfrontowała się bezpośrednio.
A gdzieś tam w głębi serca w chwilach największej słabości czuję że być może nie do końca pogodziłam się ze wszystkim.
Czego nauczyłam się dziś: na trzy różne sposoby powiedzieć w języku angielskim, że cztery lata temu aplikowałam na studia.
Do przemyślenia: kiedy ten erasmusowy ogon wreszcie się skończy?

środa, 25 marca 2015

Ten z cyrkiem szaleńców.

Potrzebuję się wyłączyć. Najlepszy sposób, żeby przestać myśleć? Zagłuszyć myśli. W jaki sposób? Muzyką. Nie głośną, ale ogłuszającą. I to nie mdławymi piosenkami o miłości, tylko twardymi bitami, zmiksowanymi kawałkami z tekstem, który nie ma żadnego sensu i znaczenia.

Bum.Bum.Bum.

Ponoć serce dostosowuje się do tempa muzyki. Jeśli tak to moje osiągnęło prędkość rozpędzonego ferrari.

Bum.Bum.Bum.

Witamy w cyrku szaleńców. Istnieje tylko muzyka, nie ma obowiązków. Tutaj wszystko może brzmieć banalnie, a hasłem przewodnim, że jest już brak jutra, tylko przeżyjmy kaca i bawmy się dalej.

Bum.Bum.Bum.

Trzeba ustawić głośniej. Ta jedna myśl obija się po głowie i wydaje głośniejsze dźwięki niż hałas cyrku szaleńców. "To było w tym czasie, gdy miałaś innego."

Ile szczęścia i komu dałaby prawda?

Są takie chwile, w których zamarzam w środku. Paraliżuje mnie od wewnątrz panika. I mózg wrzuca nowy bieg, bo są wyższe obroty myślenia. Od nowa jest analizowana cała sytuacja, od nowa, od nowa i wciąż od nowa. Bo czy postąpiłam dobrze, nigdy się nie dowiem.

Bum. Bum. Bu... piosenka się skończyła. Cisza jest obezwładniająca.

Wiem, komu byłoby lżej. Ale ten ciężar nie zniknie, bo prostu przejdzie na inną osobę. Być może spowoduje dziurę, która tak jak ta w szybie spowoduje sieć pajęczą. Po pewnym czasie krusząc się całkowicie.

Najgorsze jest to, że w takich chwilach jak ta, jestem w stanie wyobrazić sobie życie bez.

Bum. Bum. Bum.

A jeśli ten najbliższy test będzie pozytywny, to życie skomplikuje się bardziej niż to jest możliwe. O ironio, naprostuje to też inne kwestie.

Czego nauczyłam się dziś? Najwyższe obroty, nie są obrotami najbardziej ekonomicznymi, bo nie tylko samochód pada, ale ciało też.
Do przemyślenia:  kogo będzie bardziej żal, gdy prawdą stanie się to, co nigdy nie powinno nią się stać?

poniedziałek, 23 marca 2015

Ten z bólem głowy

Takich pierdół jakie dzisiaj napisałam, dawno nie było.

To przed czym uciekłam do Czech, powróciło i mnie zmiażdżyło. Nie jestem w stanie się podnieść. Czuje się wciąż zmęczona, niewyspana i bez życia.

Pomalutku paraliżuje mnie strach przed przyszłością.




Czego nauczyłam się dziś? Nie wiem, co robić w życiu. Znowu.

Do przemyślenia: nic, bo boli głowa.

sobota, 7 marca 2015

Ten z odpowiedziami

Kto ma prawo decydowania o moim życiu? Dotychczas myślałam, że ja. Ale moi rodzice są zdeterminowani, żeby udowodnić mi, że jednak oni.

Czytałam artykuł ostatnio o złamanym pokoleniu. Ponoć to te moje, bo łapię się jeszcze w przedział wiekowy 19-24 lata. Jesteśmy niezdecydowani, nie wiemy co robić ze swoim życiem i wszystko olewamy. Zauważyłam tą tendencję, nawet czasami u siebie.

Ciężko zdecydować mając 15 lat, co chce się w życiu robić. Moja droga prowadzi przez wizję o prokuraturze, następnie otworzenie własnej siłowni fitness, dziennikarz, analityk finansowy, w końcu mocniej związałam się z branżą public relations. Po dwóch latach odskocznią było planowanie produkcji. Jednak czuję, że chociaż najlepiej się czuję w PR-rze, to organizacja wydarzeń "leżałaby" mi najlepiej.

Przez te wszystkie poszukiwania drogi cały czas towarzyszyło mi pytanie: "Co chcesz robić? Jak chcesz się utrzymywać?". Rodzicom chyba umykało, że szukałam i testowałam różne zawody przez praktyki, konkursy, staże. Słyszałam, a może to, a może tamto. Wmawianie, że to co ja chcę robić jest bezcelowe. Ich powody? Przede wszystkim brak zrozumienia branży, bo przecież co podziemny górnik i gospodyni domowa mogą wiedzieć o public relations? Wszelkie tłumaczenia w końcu ignorowali. W ich głowach powstała wizja tożsama z zasobami ludzkimi. W końcu się poddałam.

Po powrocie z Czech zaczął się nowy semestr. Niby żadna nowość, ale zaskoczeniem był plan zajęć. Gdybym się uparła na uczelni musiałabym być raz, dwa razy w tygodniu. Pomyślałam sobie, że będę się nudzić, więc warto poszukać czegoś dorywczego, jakiś staż czy płatne praktyki. Zaczęłam szukać, chodzić na rozmowy. Ale powstała jedna wielka przeszkoda: komplikacje poerasmusowe na uczelni i dodatkowe przedmioty do zaliczenia. Usiadłam, przeanalizowałam i podjęłam decyzję: nie szukam pracy, na spokojnie wszystko pozaliczam, wykorzystam wolne, żeby napisać dwie prace dyplomowe i obronię się z dwóch kierunków w terminie. Pełne zadowolenie.

Rodzice nie byli w stanie tego przeboleć. Czemu? Do dzisiaj nie wiem. Na siłę zaczęli szukać mi pracy na portalach internetowych i wśród znajomych. Wici zostały rozpuszczone, więc po chwili dzwonił telefon. Okazja, mogę złożyć papiery tu i tam, zdziwienie, że nie szukam pracy i ostatecznie obraza majestatu, bo przecież ktoś się postarał. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Wyrok: sprzątanie domu i brak rozmów z rodzicielami.

Zaczęło się marudzenie, że tylko się obijam i siedzę przed laptopem. Nie chcieli zobaczyć co dokładnie robię, bo dla nich komputer i internet jest równoznaczny z marnotrawstwem czasu. Postanowili przerzucić się na inny temat: ślub.

Chyba gorszej decyzji nie mogłam podjąć niż wstępna zgoda na salę, którą przypadkiem wracając z kościoła razem znaleźliśmy. Jedyne o czym teraz słyszę to: "sala którą znaleźliśmy", "sala jest super, kiedy robimy coś?". Tylko w tym wypadku to "my" jest różne, bo czasem to tylko oni, czasem to oni i ja, a w jeszcze innych przypadkach oni i ja z narzeczonym. Nie wiem kiedy i dokładnie używają poszczególnego "my", ale nie da im się nic wytłumaczyć.

Od tematyki ślubu niedaleko do tematyki mieszkania. Bo przecież ciocia ma mieszkanie do sprzedania i "my" je zarezerwowaliśmy (tutaj nie było raczej zagadki, które "my" je rezerwowało". Nie szkodzi, że mieszkanie jest delikatnie mówiąc obrzydliwe. Dwa pokoje tak maleńkie, że trzy osoby ledwo się w nich mieszczą, kuchnia tak wąska, że dwie osoby nie przejdą obok siebie (jedna musi wyjść z kuchni i przepuścić drugą), o łazience nawet nie chcę wspominać. Nie szkodzi! Przecież oni z ciocią się dogadali!

Ciężko spełnić wymagania rodziców, którzy zaplanowali sobie całe moje życie. Oni wymarzyli sobie, gdzie będę mieszkać, jak będę pracować i jaki będzie mój ślub. Jest tylko jedno małe ale. Ich wizja nie zgadza się z moją, więc po raz kolejny będę ich rozczarowaniem. Smutne to, ale prawdziwe: przyzwyczaiłam się.

Czego nauczyłam się dziś? Moje życie może i jest moje, ale zaplanowane jest przez kogoś innego, a ja nie zawsze mam wpływ na te plany.
Do przemyślenia: czego potrzebuję, żeby odzyskać władzę?


niedziela, 1 marca 2015

Ten z gorzkimi słowami

Jak zabrzmi najbardziej egoistyczne zdanie, jakie może wypowiedzieć kobieta w związku? Właśnie mam je na końcu języka.

Może to zabrzmi źle, ale ostatnio czuję, że jest do prawda.

Nudzą mnie głupie wymówki, udawanie braku zainteresowania, gdy tak naprawdę mi zależy.

Boję, się że znowu za dużo napiszę i czytając to po latach, uznam że histeryzowałam. Ale czy tak naprawdę jest? Może po prostu chodzi to o porę roku?

Moja próżność została mile połechtana w piątek. Dwa podrywy na trzy podejścia do baru to dobry wynik, jak na starą zaręczoną dziewczynę. Dało mi to do myślenia, a może byłoby mnie stać na coś lepszego?

Tylko dlaczego wpadło mi to do głowy? Nie wiem, po co w ogóle pytam. Tuzin argumentów wpadło mi do głowy w ciągu sekundy, następne czekają już w kolejce.

Najgłupszy argument czy wymówka zaczyna się standardowo od "a co by było gdyby..", ale rzeczywiście co by było gdybyśmy wtedy się nie pozbierali? Co gdybym zaryzykowała wszystko dla tego, dla którego nie powinnam tego ryzykować? Czy namiastką tego był związek pseudokoleżanki z odbijającym ją chłopakiem? Wytrwali siedem miesięcy i się zaręczyli, po kolejnych trzech już nie są ze sobą, a miało być przecież sto lat.

Może jest to prawdą, że w związki stworzone w młodości i przechodzone w dorosłości, stają się się toksyczne. Nie wiem czy byłabym w stanie żyć bez, ale teraz martwię się, że nie jestem pewna czy jestem w stanie przekonać się czy będą w stanie przeżyć z.

Czego nauczyłam się dziś?  Niektóre listy z zaplanowanymi rzeczami nie mogą zostać skreślone.
Do przemyślenia: czy tak powinnam się czuć rok przed planowaną ceremonią?